Melchior Wańkowicz – reportaże z zaświatów

Melchior Wańkowicz – reportaże z zaświatów.
« : Czerwiec 30, 2011, 12:26:24 »

W polskiej ezoteryce w latach 70-tych   wydarzył się  pewien  niezwykły epizod, moim zdaniem znaczący.

Są nimi autentyczne moim zdaniem reportaże zza grobu, z życia po śmierci.

Ich głównym autorem i zarazem bohaterem jest Melchior Wańkowicz – mistrz,  ojciec polskiego reportażu.

człowiek o bardzo bogatej i barwnej biografii:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Melchior_Wa%C5%84kowicz
to on min rozsławił bohaterstwo żołnierzy pod Monte Cassino.
Jego imię nosi np. Wyższa Szkoła Dziennikarstwa w Warszawie

Reportaży jest podobno 10. Zostały spisane pismem automatycznym w latach 1975-82 przez panią Jasiewicz z Warszawy.

A było to tak.
Dokładnie rok po śmierci Melchiora 10 września 1975 roku na jednym ze zdjęć robionych przez pewnego studenta w Warszawie  ukazała się twarz Melchiora Wańkowicza.

A 3 października 1975  jasnowidząca z Warszawy, pani Jasiewicz poczuła czyjś dotyk na swojej dłoni  , po czym  od 9:30  do 14:30  ów duch podyktował jej   poniższy tekst.

Melchior Wańkowicz : reportaż z zaświatów   nr 1Pytanie pierwsze  do ducha :  Dlaczego w dniu 10 września 1975 r. w rocznicę śmierci śp. Melchiora Wańkowicza ukazała się niespodziewanie jego twarz na fotografii?Spisana odpowiedź:Przyszedłem, by was przekonać, że jestem,
ale to nie jest mej fantazji gestem.
Lecz to jest prawdy niezbitym dowodem,
że nadal istnieję za ciała grobem.Aż dziw, że się tak szybko  zbudziłem
i z warunkami tymi oswoiłem.
Jaka to inność wszędzie dookoła,
jakbym u ramion miał skrzydła anioła.Jest mi tu lekko, ale nie radośnie.
Krajobraz mogę przyrównać tej wiośnie,
jako na Ziemi zwykle panowała
i ludzkie serca oczarowywała.Chciałbym przedostać się poza bariery,
których przede mną jest jeszcze cztery.
A hen za nimi cudne krajobrazy,
jak gdyby ze świateł utkane obrazy.Czuję, jak byłbym czymś mocno związany
i do warunków tu przystosowany.
I pójść nie mogę tam, do tych piękności,
bym mógł brać udział w szczęściu i radości.

Choć jest mi lekko, ale bardzo smutno
nad niemożliwością tą moją wierutną:
Zastanawiam się i szukam przyczyny.
Na pewno dotrę do ośrodków winy
.

Chociaż na Ziemi złego nie robiłem,
lecz najważniejszy sens zgubiłem.
Cóż mi pomogą teraz dzieła moje,
gdym zaprzepaścił tam wzrastanie swoje?

Całe plejady przyjaciół po piórze
żyją i błądzą w swej dumnej naturze.
Rozdają skierki przyziemne i małe,
owoce wiedzy swej bardzo zwietrzałe.

Teraz dopiero widzę doskonale,
jak pracowałem i ku czyjej chwale.
Zbierałem plony, co Ziemia dawała,
która mej duszy tym nie wzbogacała.

Jestem tu licho odziany tą wiedzą.
Dumam nad życia zaniedbaną miedzą.
Choć wiem, że dzieła moje nie zaginą,
nie będą one rozwoju przyczyną!

Pytanie drugie:
Czy można za pomocą koncentracji myślowej naświetlić kliszę fotograficzną?

Odpowiedź:

Ten eksperyment możecie stosować.
A może uda wam się wywołać?
Przy silnej woli i Bożej pomocy,
może rozbłysnąć promień Słońca w nocy.

Chciałbym ucieszyć to wasze pragnienie
i z tym związane niejedno westchnienie.
O, gdyby to się jeszcze powtórzyło,
to od zwątpień by was uwolniło.

Tutejsze prawo nas zobowiązuje:
Do innego każda dusza się stosuje.
Tylko na Ziemi ludzie prawa łamią.
Szydzą z bliźniego depczą oraz kłamią.

A mój Opiekun drogę mą prostuje:
On zna mnie na wskroś i wie co ja czuję.
Ciągle zachęca mnie do wytrwałości:
Radzi, bym pozbył się z duszy miłości,

bo jestem jeszcze Ziemią przesiąknięty,
jeszcze są we mnie i te momenty,
że rad bym uciec od tych piękności
i zanurzyć się w ziemskiej szarości.

Pamiętam chwile na Ziemi spędzone,
miałem przy boku ukochaną żonę,
która mi często sprawiała kłopoty,
ale ją kocham, bo to człowiek złoty!

Tu jeszcze teraz nie jesteśmy razem.
Choć żyję w duszy jej uczuć wyrazem,
ale mój miły opiekun powiedział,
że pójdę do niej, żebym o tym wiedział.

Ona już wiele tu się nauczyła. (umarła parę lat wcześniej)
Wiele tutejszej wiedzy zdobyła:
Wie, że przeszedłem poprzez cierpień bramy.
I, że niedługo się spotkamy,
bo w gronie mądrych osób tu przebywam.

Nauka wszystkich tu zobowiązuje.
Niejeden w pocie czoła tu pracuje.
Wiele zaniedbań tu z Ziemi przynieśli,
mroku i cieni z sobą wnieśli,

lecz gdy ktoś pragnie światła, ono opływa,
niejedną bliznę kojąco przykrywa
.
Warszawa  3.10.1975

Melchior Wańkowicz : reportaż z zaświatów   nr 2

Mówiłem, że jeszcze się kiedyś spotkamy
i o wrażeniach mych pogadamy,
a jest ich wiele, ogromnie wiele,
nie takie kiedy mieszkałem w ciele.

Cóż by to było, gdybym mógł wiedzieć
i bliźnim mógł o tym opowiedzieć,
gdym jeszcze z wami bywał na Ziemi
w kręgu przyjaciół i znajomymi.

Opiekunowi wiele zawdzięczam,
do tych wynurzeń on mnie zachęca,
z tego powodu jestem szczęśliwy,
jest przyjacielski. Wielce życzliwy.
Ja ze swej strony chętnie go słucham,
w mej duszy dotąd noc była głucha

Mimo, że Ziemskie mądrości fale,
iluzoryczne wskazywały dale
,
które nietrwałe, przemijające
i złudnym blaskiem pociągające.

A przesłaniające cel życia jasny:
człowiek zatraca kierunek własny.

Wiele rozmyślam, oceniam, ważę.
Odróżniam blichtry i złud miraże.
I zauważam co jest niezbędne,
a co jest płytkie i co dogłębne!

Chłonę to, co opiekun wskazuje,
świadomość tego mą myśl prostuje:
Rozpływającej się przeszkód bariery,
których przede mną jest jeszcze cztery!

Rozpływają się, gdy coś zrozumiem,
lecz jeszcze głębi pojąć nie umiem.
Dlatego znów zagradzają drogę!
Wiem, że je w końcu przemogę.

Tyle tu nowości dookoła,
wszystko uśmiecha się, wszystko woła,
a wszystko takie potrzebne i jasne.
Och, gdyby nie to sumienie własne,
które mnie karci, błędy wskazuje!

Wydaje mi się, że to się snuje.
Jak gdyby z jakiejś przestrzennej kuli
lub jakby z jakiejś szarawej szpuli.

Widzę tu także znajome twarze,
spowite w nieprzejrzyste miraże:
Oni mnie widzą ja ich poznaję –
skomplikowanych uczuć doznaję!

Dlaczego stoją oszołomieni,
niepewni oraz mocno zdumieni?
Co ich tak bardzo teraz krępuje
i każdy z nich się z sobą mocuje.

Nie jestem z siebie zadowolony
i również jestem nieco speszony,
lecz takich więzów mocnych nie czuję

i wyłamać się z nich próbuję.

Wyłamać się znaczy zrozumieć!
Trzeba to chcieć, pragnąć, by umieć
odczuć zagadkę losu swej duszy,
z którą się każdy spotkać musi.

Melchior Wańkowicz : reportaż z zaświatów   nr 3

Wreszcie do ciebie mnie dopuszczono!
Obecnie tu jestem z moją żoną.
Tak jak Opiekun to mi powiedział,
bym Mu zaufał i żebym to wiedział,
że to co powie, to się wypełni,
że każda moja myśl tu się spełni.

Istotnie, wszystko tu obserwuję:
Tu wszystko drga i dziwnie wiruje,
skrzy się, jak jakaś wstęga tęczowa
,
ponagla jedno drugie od nowa,
a czasem zalśni seledynowo
i znów od nowa i znów na nowo!

Ja tu czuję się dziwnie swoiście,
bo tak jest pięknie i uroczyście.
Czasem z oddali zabrzmi muzyka,
znajome twarze czasem spotykam
i tak swobodnie lekko tu chodzić!
Mógłbym bez końca w tym pięknie brodzić.

Lecz moja żona ciągle narzeka,
ciągle się spieszy, ciągle ucieka.
Myślę, że może nie widzi tego
kręgu wokół nas przecudownego
?

Jest jakaś szara i zalękniona,
ta ukochana przeze mnie żona!
Więc jej tłumaczę i pokazuję:
Bo w tych rozterkach wielce współczuję:

Chciałbym, żeby to piękno ujrzała,
żeby wyraźniej na to spojrzała.
Ona tu czuje się zagubiona.
I tą innością jakby strwożona.

I dla mnie wszystko tu takie nowe,
czasem złociste, różowo-płowe,
ale ta nowość tak mnie pociąga,
jak gdyby w swoje orbity wciąga.
Chciałbym popłynąć w górę i w doły,
gdzie stoją rzędem barwne anioły!

Ale od żony odejść nie mogę,
może wprowadzą ją na swą drogę.
I może moja myśl ją uniesie
w jej smutną duszę świadomość wzniesie

, że przecież razem tu istniejemy,
i że w tym pięknie nie zaginiemy!

Tak chciałbym żebyśmy mogli przejść te bariery,
których przede mną jest jeszcze cztery,
a które chciałbym przejść razem z żoną
i znaleźć się tam, gdzie znicze płoną!

Wszystko oceniam i komentuję,
na ziemski sposób myśleć próbuję,
lecz w mojej duszy widzę to jasno,
że te wysiłki tak szybko gasną:

Inaczej myśleć trzeba w tym planie
i zapracować tu trzeba na nie.
Tu jakoś dziwnie się rozwijamy
i jakby z łusek się wyzwalamy,
bo ciągle z duszy coś jakby spada,
jakby skorupa jakaś odpada:

Dusza się ciągle z czegoś wyzwala
i to co tkwiło w niej, ciągle spala.
Ja to wypełniam ze świadomością,
która napełnia duszę radością
,
bo czuję świeżość innego tchnienia,
które uwalnianie od myślenia.

Bo to co jest prawdą, że nagrzeszyłem,
kiedy po szarej Ziemi chodziłem

i teraz wiem, skąd snuje się wątek
i skąd cierpienie wzięło początek,
co w końcu życia dane mi było,
aż wreszcie duszę mą wyzwoliło
z domu, w którym wśród was tyle żyłem
i poprzez nie tyle nabroiłem.

Nikt nie wierzy temu co piszę:
Tyle krytyki wśród was wciąż słyszę,
że nie używam „dawnego stylu”!
Inność wśród ludzi nie ma… !
W ciele inaczej przecież się sądzi
i przez to każdy grzęźnie i błądzi.

Ale gdy domek już opuścicie,
Nowe poza nim zaczniecie życie:
Wtedy to bielmo z oczu opadnie,
gdy się ujrzycie w chaosie na dnie.
Tego, co sami żeście stworzyli
i w tym właściwy cel zagubili.

Ziemskie nawyki ze mnie spadają
i nowy polot mym myślom dają,
bo widzę nowy horyzont jasny,
nie taki ziemski, szary i ciasny,
i rozgłos ziemski już mnie nie bawi!
Bo taki mdły jest, aż mnie to bawi!

Tyle na Ziemi tych lat spędziłem
i się niczego nie nauczyłem:
Przyszedłem tutaj nagi i bosy,
choć biegły za mną wychwalań głosy:
„Jakie to Melchior dzieła zostawił”
i „jak się swymi pracami wsławił”!

Przecież na Ziemi wszystko zostało
co mi chwilową radość sprawiało:
Zaspokajało ambicję duszy.
Do równowagi człowiek przyjść musi,
aby pomyśleć, że to się skończy!
I co zostanie Duch bez opończy!

Bo się dla niego nie pracowało,
ziemski interes nie przeciwstawiało.
Ziemskie pochwały cel przesłoniły!
Swoim blichtrem tak odurzyły!

O tym co przyjdzie, człowiek zapomniał.
Dopiero teraz…  sobie przypomniał,
gdy w pozaziemski region popłynął,
a to co stworzył teraz ominął:
Zobaczyć kruchość jego zwietrzałą
i swój wysiłek, pracę niemałą…

Ale nic z tego nie może zabrać!
Z pustymi dłońmi trzeba tak zostać
aż się przebudzi, aż to zrozumie,
ziarno od plewy odróżnić umie:
Odróżni trwałe od nietrwałego
oraz postępki życia całego.
Będzie rozsądził i rozpatrywał

i to co mroczne w nich wychwytywał!

Ja tam osądu tu dokonuję
i swoje wady wciąż wychwytuję.
Bo chcę przekroczyć wszystkie bariery,
których przede mną jest ciągle cztery!

Chociaż się od wad  uwolniłem,
lecz barier dotąd nie przekroczyłem!
Ciągle się uczę, wiedzę zdobywam,
jedną po drugiej łuskę odrywam
,
lecz wiele jeszcze z nich pozostało
co mi cel życia tak przysłaniało!

Lecz wierzę mocno, że się pozbędę
i jak z kokonu wydobędę
.
Ta myśl i takie moje pragnienie,
rozbudza w duszy jakby wzniesienie:

Jakby mi skrzydła u ramion rosły
oraz spowija mnie w nastrój wzniosły,
który mnie w myślach tych podtrzymuje:

Wydaje mi się, że już szybuję!
Uczucie to mą duszę rozwija
i problem jeden za drugim mija!
Wydają mi się tak nierealne
i w swej ważności niewyczuwalne
A tam na Ziemi „tak ważne były”-
to najważniejsze mi przysłoniły!
Chciałbym was jakoś o tym przekonać.
Wyłomu w waszych myślach dokonać.

Choć życie ziemskie wartko się toczy,
Miejcie Szeroko Otwarte Oczy,
że dusze na tę Ziemię Przychodzą
oraz Powtórnie się na niej rodzą!

Etapy życia tu zrozumiałem.
Do wiadomości podać wam chciałem,
żebyście temu nie zaprzeczali,
moich zrozumień nie odpychali
:
Bo jeżeli teraz nie zrozumiecie,
będzie wam gorzko, gdy tu przyjdziecie!

Ja też goryczy takiej zaznałem
Gdy się z innością tu zapoznałem.
Bo przecież Jestem, wciąż nadal żyję!
Skutek ziemskiego życia tu piję,
które stworzyło wielkie bariery:
Przede mną stoi ich jeszcze Cztery,
ale zrozumiem tego przyczynę,
wtedy z łatwością wszystkie ominę!

Z tym zrozumieniem spłynę na Ziemię,
by móc pociągnąć wzwyż ludzkie plemię!

Na tym właściwie polega życie,
chociaż wy jeszcze w to nie wierzycie.

Gonicie za tym co wciąż ucieka,
lecz ono kusi was i urzeka.
A życie szybko ucieknie do końca.

Proszę przyjmijcie mnie jako gońca,
który wśród was przebywał
i takie same troski przeżywał.
Towarzyszyła mu ludzka chwała
na Ziemi serce mu rozpierała!

I tak żył Melchior z dnia na dzień sobie,
aż stare ciało złożono w grobie.
Ale mnie przecież tam nie złożono,
ani wieńcem nie przytłoczono:

Patrzyłem na to i podziwiałem,
o tym że jestem znaki dawałem!
Wszyscy wokoło przechodziliście,
myśląc, że mnie tam pochowaliście.

Było mi smutno, że nie widzicie,
że przecież na tym nie kończy się życie.
Tylko się szata zbyt zestarzała,
która chwilowy schron mi dawała.

Ale ja jestem- wołałem – jestem!
To było wielkiej radości gestem.
Odeszli wszyscy – tak zasmuceni…
Zostawiając mnie- w krainie cieni.

I w swoich myślach mnie pogrzebali.
Jedni więcej lub mniej żałowali:
I ciągle jedni drugich grzebiecie,
właściwy sens życia znajdziecie.

Życie trwa wiecznie . Wiecznie się snuje!
Znajdą się ci, których się miłuje.
By razem zacząć od nowa życie,
w którym się teraz często trudzicie:
Życie od nowa znów powtarzacie.

Ja także długów tych narobiłem,
chociaż poprzednich nie wypłaciłem
,(karma)
ale powtarzam teraz z uporem,
by w przyszłym życiu być dobrym wzorem!
Chciałbym przejść wiele, być wzorem męstwa.
Walczyć o dobro aż do zwycięstwa!

Na tym zakończę w obecnej chwili.
Niechaj ten rąbek, którym uchylił
przemówi do was, choć odrobinę.
Ja jeszcze do was kiedyś przypłynę.
Za Twoją pomoc, miła dziękuję!
Tulę do siebie i obejmuję!

Warszawa 20.02.1976

Charakterystyczne są przerwy czasowe pomiędzy poszczególnymi raportami , gdyż dusza Melchiora potrzebowała sporo czasu na „aklimatyzację” do diametralnie innych, niż ziemskie warunków.

Melchior Wańkowicz : reportaż z zaświatów   nr  4Gdy nie pomagają leki, mikstury,
dusza się trzęsie jak na wietrze wióry
: (umieranie M.W.bardzo przypomina OBE -silne drgania)
Jeszcze nie widzi, ale już wyczuwa,
że się z materii powoli wysuwa.Ja wszystkie stany przecież przeżywałem
i całą mocą ciała się trzymałem.
Chociaż mnie ono wstrętem napawało,
lecz jakie takie schronienie dawało.Lecz jakaś siła mnie wypychała:
Więzy łączące z ciałem zerwała.
Ale gdy wszystko to się zerwało,
coś mnie od ciała tego oderwało.Z początku byłem tak oszołomiony
i tą przeprawą tak bardzo zmęczony,
że chociaż miałem trochę świadomości
zapadłem się w mrok tajemnej nicości.Ja nie wiem co mnie z tego wydobyło,
bo się w mej duszy trochę rozjaśniło:
We mnie i jednocześnie wokoło wytworzyło
się coś, niby koło, które mnie sobą obejmowało.
Przyjemne światło i woń stwarzało:Powoli sobie sprawę zdawałem,
że z trudem się skądś wydobywałem.
Wiem, że nie wszyscy temu wierzą,
aż kiedyś się sami z tym przymierzą:

Kiedy przyjdzie ostatnia godzina.
Wtedy się myśleć o tym zaczyna:
Lecz inne myśli przychodzą:
Nie takie jak te, które was zwodzą,
w duszy się kłębi lęk oraz trwoga.
Wtedy dopiero wzywa się Boga!

Bo żaden człowiek pomóc nie umie,
problemu nie zna i nie zrozumie.
A biedna dusza osamotniona
z lęku i trwogi powoli kona
.
Czuje, że coś się wokół niej dzieje:
Odczuwa niby ulgę, nadzieję.

I z tej ciasnoty coś ją wyzwala,
nikłe światełko ujrzeć pozwala.
Gdy się zupełnie dusza ożywi,
to poczuje się jako ci żywi.

Poruszają się w przeróżne strony:
Nie każdy z nich jest zadowolony!
To się u nich we wzrok przebija,
jeden drugiego szybciutko mija.

Nie wszyscy szaty mają przyjemne:
Jedni jaśniejsze, a drudzy ciemne.
I twoja szata nie całkiem jasna:
Jest taka jak moja dusza własna
:

Będąc na Ziemi nie rozumiałem,
że własną duszę w mroku nurzałem.
Choć tego teraz mocno żałuję,
bo mnie świadomość tego krępuje.

I chciałbym siebie ukarać,
bo jakże mogłem na to pozwolić.
Wiem, że to wszystko trzeba odrobić,
żeby na jasną szatę zarobić.
By z duszy wyrwać ciemne żale,
co człowiekowi los ciemny ściele!
Jakże inaczej może być, ludzie:
Jeśli ktoś żyje w przyziemnym brudzie?
Czy jeśli ciało swoje porzuci,
to w jasność, piękno dusza wróci?

Teraz, gdy sprawy te zrozumiałem.
Wiem, że na Ziemi szarość stwarzałem:
Olśniewały mnie blichtru rozmiary,
bo byłem dzieckiem, choć w ciele starym.

Z mej ziemskiej pracy cóż mi zostało?
Nic, co by radość duszy sprawiało!
Dlatego tyle progów przede mną !
Nauczycielu! Bądź teraz ze mną!

Wiem, że na temat mój rozprawiano,
ziemskich dowodów się domagano,
a mnie co ziemskie nic nie obchodzi,
bo moja dusza w żałości chodzi!

o rad bym progi mieć poza sobą
i być tu światłą, jasną osobą.
Jak wielu innych, których stąd widzę,
a ja się mojej szarości wstydzę!

Chociaż tutejszą wiedzę zdobywam,
lecz wiele braków w sobie odkrywam.
Choć mój Opiekun błędy łagodzi.
Ale ja żyję w braków powodzi!

Często mnie zapał wielki przejmuje
i swoje myśli wciąż koryguję:
Rad bym zupełnie się przystosować
i duszę moją wymodelować.

Na kształt, który tu wszędzie panuje
i swoje piękno wszystkim dyktuje,
a dyktuje je tak obrazowo:
łagodnie, prosto oraz rzeczowo.

Trudno mi to przekazać słowami
oraz jakimi bądź przykładami:
Tu inaczej się myśli i żyje,
bo każdy czarę swych przewin pije.

A moja droga siostrzyczka miła,
która mi dłoni użyczyła,
spisuje wszystko co podpowiadam,
bo ja już swoją nie władam!

Jeszcze mam wiele do powiedzenia,
ale brak mi słów do określenia,
tego co widzę i tego co czuję.
Dlatego czasem się buntuję,

żem swoje życie ziemskie zmarnował,
żem się łatwo do Ziemi stosował,
żem nie odróżniał ziarna od plewy,
żem się pogrążył w blichtru ulewy.

To wszystko teraz mnie prześladuje,
przyszłemu życiu kary dyktuje,(karma)
bo kiedyś stąd na Ziemię popłynę,
żeby tych barier odkryć przyczynę!

I z tego jestem zadowolony:
czuję, że będę tym wyzwolony.
Ze życie ziemskie wezmę za bary,
bo będę duchem młody, nie stary!

Duchem się przecież nikt nie starzeje,
ale nim przejdzie życiowe knieje,
życie przycina go, zwala kłody,
czuję się stary choć młody!

Na moją sprawę ktoś rzuca cienie!
Biedny, bo nie zna: Co to istnienie?
Nie wie: skąd snuje się życia wątek
i co istnieniu dało początek?

Nie wie, że swoje życie marnuje,
na Przyszłe teraz mroki rozsnuje.
I będzie pytać: „Za co?”, „Dlaczego?”,
„Tyle mnie w życiu spotyka złego?”
Te słowa z mojej duszy się snują:
świadomie przyszłe życie budują,
bo żeńca zbiera swe własne plony
na ziemskiej drodze wciąż zagubione.

Tak myślę i przewiduję,
bo w takim regionie się znajduję,
gdzie pobieramy mądre nauki,
by uczyć się życiowej sztuki,
gdzie jest nas wielu o bardzo wielu,
mój czytelniku i przyjacielu!

Gdybyś mógł widzieć co teraz czuję:
jak duch się z moją duszą mocuje:
Bo duch dyktuje życiowe prawa twarde,
lecz mądre! Tak chce ustawa,
którą w zaraniu Bóg ustanowił,
przez Swego Syna znów je ponowił!

Lecz dusza ludzka krnąbrna zawiła
na Ziemi „prawa” ustanowiła,
które mnie także oczarowały,
życia prawdziwy cel przesłaniały!

Teraz dopiero to widzę jasno,
jaką na Ziemi szedłem drogą ciasną,
lecz postanawiam: Wszystko odrobić,
by się wyzwolić i wolność zdobyć!

Obecnie żegnam was przyjaciele,
którzy w tę oprawę wkładacie wiele-
myśli i serca! Bóg wam nagrodzi.
Niejeden umysł się wyswobodzi!

Teksty M.Wańkowicza , niemal pokrywają się z tym co pisali R.Monroe i R.Steiner
Wokół Ziemi istnieją  duchowe sferyczne pierścienie  pełne  niedorozwiniętych dusz,  uwikłanych w ziemską pętlę reinkarnacyjną.
To one stwarzają szarość na Ziemi.Samodzielne, egoistyczne wyrwanie się z tego kręgu jest właściwie niemożliwe,  więc ……najlepszy sposób na  własne wcielenie wg ducha  Wańkowicza, czy  Steinera to  praca nad rozwojem  ludzkości i  i w konsekwencji likwidacja Pierścieni Czyśćcowych.To najlepszy sposób na spłatę długów karmicznych wobec  innych ludzi   i całej ludzkości,  która przyczyniła się do naszego rozwoju.To najlepsza metoda na zmniejszenie ziemskiego przyciągania i „duchowy odlot” do tęczowych dali.

Melchior Wańkowicz : reportaż z zaświatów   nr  5

Użycz mi swojej ręki kochanie,
a moje słowo ciałem się stanie:
Tak mi się miło z tobą pracuje
i jakoś pewnie z tobą się czuję.

Ja nie chcę twoją ręką kierować,
ani niczego tobie dyktować,
lecz chcę przekazać co dusza czuje,
co teraz robię i jak pracuję.

Coraz mnie bardziej wszystko ciekawi.
I w coraz nowym świetle się jawi
to wszystko co na Ziemi przeżyłem
i czas co tak bezmyślnie trwoniłem.

Bo myślę, co mi z tego zostało,
co mnie tak wówczas angażowało?
I tak już wiernie się zadłużyłem,
a przecież dawnych łez nie opłaciłem.

Gdyby mi długi tak nie ciążyły,
to złotych wrót, by nie przysłoniły
:
Mógłbym się do nich przybliżyć śmiało,
bo by mi w tym nic nie przeszkadzało.

A tyle tych piękności dookoła!
Myślę i wzrok mam bystry sokoła,
lecz mnie tak moje długi krępują:
Myśli do czynów tak nie pasują!

Nad wszystkim rozmyślam, segreguję.
Tu jakoś wszystko odmiennie czuję:
Tu wszystko jasne i wyraziste,
wybitnie inne, wybitnie czyste.

Na Ziemi tego nie odczuwałem,
w jedną szufladę wszystko chowałem:
Tam nie robiło żadnej różnicy,
mówiłem wiele i po próżnicy.

Spotykam wielu przyjaciół dawnych,
są w sytuacjach jak ja zabawnych.
Choć krzywdy bliźnim nie czyniliśmy,
to życiem jak dzieci się bawiliśmy
.

Teraz dopiero życie rozumiem
i jego wadę ocenić umiem.
I wiem dlaczego dano i po co?
Opiekunowie to nam tłumaczą.

Bo tu nauka wre w całej pełni,
gdy się pobyt tu nasz wypełni,
wtedy każdy z nas i z własnej woli
przyjdzie do własnej wybranej doli.

Z uznaniem chłonę ową naukę,
by móc osiągnąć tę życia sztukę.
By wszystkie długi zniwelowała,
więzy, co tak krępują, zerwała.

Jakże ja byłbym teraz cierpliwy,
gdybym wewnętrznie był kiedyś żywy.
Lecz moja dusza wygodnie spała,
udziału w moim życiu nie brała.

Gdybym wewnętrznie był obudzony,
z pewnością zostałbym obdarzony
jakąś wznioślejszą myślą i czynem
nie goniłbym za tym ziemskim wawrzynem,(karmienie EGO)

który wydaje mi się tak mierny,
tak powszedni, taki mizerny,
a który wówczas mi imponował,
bo po nim- i mnie bliźni taksował.

Tu wiele rzeczy mnie zastanawia
w zakłopotaniu i smutku stawia.
Bowiem nie widzę w gronie przyjaciół, (inne zagubione dusze w pierścieniach czyśćcowych)
by który zastanawiać się zaczął:
gdzie jest, dlaczego i po co?
I co te wszystkie inności znaczą?

Czyżby ich nic tu nie zachwycało,
nic do myślenia nie pobudzało?
Są osowiali, smutni, nieczuli:
ten byt tak inny ich nie rozczuli:

A może oni nie widzą tego,
patrząc na wszystko z punktu swojego?
Ja do nich zbliżyć się nie mogę,
pragnę, lecz przegradza mi drogę.

Myśl ta do nich nie dociera,
choć życzliwości wiele zawiera.
Chciałbym pobudzić ich do myślenia,
nad swoim losem zastanowienia,
by zrozumieli tutejsze cuda.
Czy ten wysiłek mój mi się uda?

W miejscu, gdzie pobieramy nauki
odróżniania i myślenia sztuki,
którymi trzeba umieć kierować,
aby móc żyć i dobrze pracować.

Na Ziemi myśli płyną jak rzeka,
jedna przegania drugą – nie czeka.
Ja tu spokojnie myślą kieruję
i harmonijnie z nimi pracuję:
Spływają do mnie jak barwne ptaki.
Każda zdumiewa w sposób dwojaki.

Podziwiam tony, rytm oraz wonie
i tę odległość, która w nich tonie,
lecz mnie odgradza jeszcze bariera,
która mi do nich drogę zawiera.

I obserwuję mych towarzyszy,
czy który z nich tu te tony słyszy?
Niektórzy tylko są zasłuchani,
inni w problemy swe zaplątani,
że ciągle zmienia się ich aura,
jedni zieleni, drudzy w chmurach.

Ta ciągła ciemność tak ich okala,
że głębiej dojrzeć im nie pozwala.
A wielu z nich jest w krwawej aurze,
albo brązowo-szarej chmurze.

Są w odmianach bardziej przejrzystych,
jaśniejszych, powiewniejszych i czystych.
Lecz aury te są tak zmienne,
och gdyby wszystkich były promienne.

Na pewno przestrzeń byłaby jasna,
nie taka szara, nie taka ciasna!

Ja na krawędzi szarości stoję:
wysiłki swojej duszy podwoję,
żeby móc tę barierę pokonać,
muszę mozolną pracę wykonać!

Czy mi się uda, czy będą siły?
Wiem, że pomoże Opiekun miły.
Lecz czy się w duszy tak rozjaśni,
że nigdy więcej nie będzie waśni?

Jeszcze mam w duszy wiek z przeszłości
z powiązań oraz z własnej miłości.
Już bardzo wiele z siebie zrzuciłem,
ale cząsteczkę z nich zostawiłem.
I to mnie wiąże i przypomina,
tęsknotą wzbierać w duszy zaczyna.

Ach gdybym mógł to z siebie zrzucić
i do zupełnej wolności wrócić!
Wiele na ziemi już nagrzeszyłem
i ślad niejeden tam zostawiłem.
Tak czynią niestety wszyscy ludzie,
Lecz odpracować to przyjdzie w trudzie.

Na tej krawędzi już sam nie stoję.
Gdy tak się wmyślam to się nie boję,
tych dalszych trudów ani udręki.
By się uwolnić od złudzeń męki.

To wszystko, co na Ziemi zdobyłem
i co tak sobie wiele ceniłem.
To okazało się złudnym cieniem
wobec Wszechświata i Wszechistnieniem!

Nie umiem modlić się ani prosić,
ani do góry swych rąk podnosić.
Bo nie o to najdrożsi chodzi,
ale czy w duszy zmiana zachodzi!
Na tej płaszczyźnie i w tym regionie,
w którym tęczowe światełko płonie.

Jest tu dusz wiele do mnie podobnych,
szarych, i skromnych, bardziej ozdobnych,
zafrasowanych lub niespokojnych ,
hardych i twardych, i ledwie hojnych,
którzy myślami tak promieniują
i myślokształty różne budują.

Dobrze, że na krawędzi już jestem,
a nie w tym tłumie, gdzie z ciągłym chrzęstem,
jakby kolumny się przesuwały
 obraz ogromu  czyśćca – pierścieni systemów przekonań R.Monroe
albo się jakieś moce zmagały.

A w mojej duszy nadzieja wzbiera:
zniknie przede mną przeszkód bariera,
że ją pokonam, gdy SENS zrozumiem.
Pragnę, lecz tego jeszcze nie umiem.

Tak trudno swoje wnętrze pokonać!
Lecz żeby móc się o nich przekonać,
trzeba samemu przejść przez te boje.
Nie pojmiesz tego, Kochanie moje!

Czasem ta sztuka mi się udaje
i we mnie taka lekkość nastaje:
zaczynam wtedy lepiej rozumieć:
Chcę to zatrzymać w sobie!
Chcę umieć,

lecz to się jeszcze szybko rozprasza,
bo wiele nowych doznań się zgłasza.
A wszystkie tutaj takie odmienne
i błyskotliwe, barwne, zmienne.

Już wiele razy postanawiałem
i do bariery się przybliżałem,
lecz zrozumienie się rozpraszało,
we mnie i wokół się poszarzało.

Nadal z problemem tym się borykam,
tę wielką wadę sobie wytykam:
Na Ziemi muszę to wypracować,
choćby to życie miało kosztować!
(wybór trudnego wcielenia)

Tu trzy bariery już pokonałem
i tę ostatnią pokonać chciałem.
Ale niestety to przeżyć muszę,
żeby uwolnić od więzów duszę!
Więzów!
Ileż ich  nagromadziłem,
kiedy po Ziemi w ciele chodziłem,
a teraz one tak przeszkadzają,
na wyższy stopień wejść mi nie dają!

Bo tu stopniowo dusza się wznosi
i opiekuna o pomoc prosi,
żeby rozjaśnił to co niejasne,
ale trzeba mieć zasługi własne.

Gdyż tylko one drogę torują
i powikłania rozprostowują,
ale tych zasług mam tak niewiele,
mało zebrałem, gdy byłem w ciele.

Widzę to jasno, wiele odczuwam,
gdy w twoje ziemskie życie się wczuwam,
które właściwie nic mi nie dało,
lecz jeszcze bardziej życie splątało.

Bo teraz trzeba wszystko odrobić.
Aby na wolność duszy zarobić.
Trzeba wejść w ziemskie tortury i znoje,
by móc pospłacać te długi swoje.
Myśl o wolności duszę rozpiera,
mówiąc po ziemsku ”aż dech zapiera”.

Chciałbym już spłynąć w ziemskie bezdroża,
lecz tu kieruje wszystkim myśl Boża!
I posłuszeństwo obowiązuje wobec tych praw!

Jak uczeń tu się czuję:
chcę wykonać wszystko dokładnie,

promień Wszechmocny niech na mnie spadnie!

Dotychczas wiele wam powiedziałem
o tym, czego się dowiedziałem.
Lecz to zaledwie cząsteczka mała,
która się duszy mej ukazała.

Jeszcze niejedno mam wam powiedzieć,
tego co chciałbym dokładnie wiedzieć.
Więc chętnie słucham i obserwuję,
w głębi mej duszy wszystko notuję.

A teraz mili moi żegnajcie,
na dalsze wypowiedzi czekajcie.
Przyjdę na pewno, to obiecuję,
gdy nowy przypływ wiedzy odczuję!

Warszawa  12.02.1977

[Melchior Wańkowicz : reportaż z zaświatów   nr  8
Przychodzę, choć niezapowiedziany,
lecz wiem, że jestem oczekiwany.
Wiem, że się mną interesujecie:
Jak tu żyję w tym innym świecie?

Inność na każdym kroku spotykam
z nieświadomością swą się borykam:
Pragnę rozumieć, ale nie mogę,
jeszcze mam długą doznań drogę.

Nie przeczę, żem już zrozumiał wiele,
ale gdy byłem w mym ziemskim ciele,
los mnie nie zetknął z tej wiedzy sztuką.
Byłaby ona dla mnie nauką,
że życie ziemskie to tylko chwila!
Dno tajemnic ścieżkę rozchyla.

W lot trzeba chwytać te wiadomości,
które się cisną do świadomości.
Lecz rozgwar ziemski tak je przytłacza,
że w końcu zniknie wolność droga.
Człowiek nie może przekroczyć proga.
Co nagle zewsząd przed nim wyrasta
i możliwości ziemskie przerasta.

A życie, które skrzy się tęczowo,
problematykę odtwarza wciąż nową.
Ile to trzeba wewnętrznej siły,
by ziemskie chwasty nie zagłuszyły
tego, co w nas się nagle rozbudzi
i lotu doznań też nie ostudzi.

Tymczasem tak na Ziemi się dzieje,
doznania duszy coś w nas rozchwieje
i nie jesteśmy pewni prawdziwie,
myślimy sennie, leniwie.

Ileż to razy tak ze mną było,
że w mojej duszy  coś się budziło.
I nawet to mnie też zachwycało,
lecz się to światło wnet rozpraszało,

bo nie umiałem chwytać bez głosu,
wśród blichtru Ziemi i drgań chaosu,
które tym bardziej atakowały
jakby się temu przeciwstawiały.

Teraz dopiero to zrozumiałem
i osobiście zdecydowałem,
że kiedy przyjdzie moja godzina,
spłynę na ziemię jako dziecina.

Moja świadomość będzie już inna,
nie taka płytka, taka dziecinna.
Ponieważ tu się przygotowuję
i siły duszy mobilizuję,

bym nie zapomniał tego w co wierzę!
Wśród ziemskich pokus będę żołnierzem.
Swoich przekonań, które zdobyłem,
a których właśnie tu doświadczyłem.

Życie na Ziemi nie bagatela,
kiedy się dusza z ziemski pył wciela,
na której czeka blichtr i ułuda,
czy się zwycięsko duszy ujść uda?

Czy nie zapomni o przeznaczeniu ,
o swoim głębszym boskim istnieniu.
Bo na tę walkę na Ziemię schodzi,
by nie zginęła w blichtru powodzi.

Wszystko z jednego pnia tu powstaje
i wszystkim według zasług rozdaje
Najwyższy Sędzia, Władca Wszechświata,
co wszystko łączy i wszystkich brata.

W przeróżnych formach, barwach tonacji.
Wydaje mi się, że mam nieco racji,
tylko przekazać tego nie umiem.
Wiele odczuwam, wiele rozumiem,
bo jakże wszystko to łączyć w słowa?
Mówiąc po ziemsku: pęka mi głowa!
Obecnie ciało mam subtelniejsze,
bardziej wszechstronne i wygodniejsze.

Ale to co się wokół mnie dzieje,
czuję, że moja władza się chwieje.
Tyle tu piękna, woni, muzyki,
dochodzą także z oddali krzyki…

Jestem w przechodnim przecież regionie
przez to mnie czasem słodycz owionie,
lecz także muska mroków wołanie.
Nad tą niewiedzą – zmiłuj się Panie!

Dlaczego jestem tak rozdwojony,
światło i mrok tu nie ma zasłony!
Czuję wyraźnie mocno, dokładnie,
gdy jakaś cząstka niewiedzy spadnie.

Bo wielu ziemian mnie krytykuje,
że ja tu z omamami obcuję.
Najmilsi, wszyscy się przekonacie,
gdy ziemskie ciała poodkładacie.

I zobaczycie dorobek własny –
tu niewygodny, błahy i ciasny.
I mam nim to się zastanowić,
jak puste było na Ziemi życie.

Tu nikt nikogo nie krytykuje,
bo z pustką własnej duszy obcuje.
I każdy chciałby ukryć swe błędy,
lecz nagość duszy wygląda urzędy.

Na Ziemi można ukryć i schować
własną niewiedzę blichtrem przyodziać.
Perlistą mową innych podbijać,
a własną małość chować, zwijać.

Lecz tu niestety stajesz nagutki
i widzisz życia swojego skutki.
Nic twojej duszy tu nie osłoni,
chociaż się każda dusza chce schronić
oraz chce ukryć to, co przyniosła,
jakie zasługi swoje wyniosła.
Lecz są i tacy co się radują,
z bogactwem duszy swojej obcują.

A radość innych to jak muzyka,
która nas wszystkich czasem przenika.
Wtedy się mocno zastanawiamy,
jakich to gości wśród nas mamy!

Lecz oni w krótkim czasie odchodzą
i szybko wszystkie progi przechodzą.
Nikną w oddali wśród barw i tonów.

Ona przenika, wstrząsa, przejmuje
i nieuchwytny czar obiecuje.
I wywołuje radosne dreszcze,
chciałbym odczuwać to jeszcze, jeszcze…

Na taką radość trzeba pracować,
trudu wysiłku, łez nie żałować.
Ażeby wzbić się na te wyżyny,
trzeba mieć w duszy przejasne czyny.

Bo tylko one wiodą do Ojca,
poprzez Golgotę i ścieżki Ogrójca,
poprzez upadki, wzloty, cierpienie
oraz tęsknoty, bunty, zwątpienie.

Warszawa 29.03.1979

Melchior Wańkowicz: reportaż  z zaświatów nr 9
Krążę jak pielgrzym po życia orbicie
zastanawiam się co to jest życie?
Skąd ono płynie? Dokąd się snuje?
W całym Wszechświecie od wieków pulsuje.

Przede mną tyle jeszcze do zdobycia,
że nie wystarczy na to setek życia.
Tyle promiennych dróg widzę z dala,
każda z nich inną tęsknotę wyzwala.
Porywa w inne dziedziny praducha i
dusza moja z utęsknieniem słucha.

W jej głębi dziwne budzą się nastroje,
a ja wciąż przed tym progiem stoję…
W żaden sposób go przekroczyć nie mogę
jak tylko by zejść znów na ziemską drogę.
I do początku zacząć borykanie,
wszystkie pokusy wziąć w ducha władanie.

Wiele zdobyłem już tu wiadomości,
lecz jest jeszcze wiele we mnie starości.
I one właśnie mój lot utrudniają,
wyżyny ducha sobą przysłaniają.

Ale ja pragnę zerwać te kajdany,
w które zostałem mocno uwikłany
swą bezmyślnością i blichtr, co mnie zwodził,
chłostał i na pokuszenie mnie wodził.

Wiem też, że wielu z was mnie oczekuje,
na mym przykładzie życie swe buduje.
Chciałbym rzec tym na ziemskiej drodze,
że w wielu sprawach teraz się nie godzę.

Teraz dopiero przeżywam, rozumiem,
roztrząsać wady i egoizm umiem.
I złote ziarno z plewy wyłuskuję.
Bo mi duch własny każe, nakazuje!
I prawd odwiecznych mi nie przysłania!

Ona, jak słońce zewsząd się wyłania
i w głębi duszy budzi się poznanie
i przejmujące szczęście i wzrastanie.

Czuję wyraźnie tam gdzieś w głębi duszy,
że każdy człowiek uwolnić się musi,
od tego co mu lot ducha krępuje.
Co go od prawdy w życiu izoluje.

Gdybym to wiedział będąc ziemianinem…
Och? Jakież życie byłoby tam inne.
Z tym rozróżnieniem chcę na Ziemię spłynąć,
żeby świadomie żyć,
o prawdę walczyć.

Was, Przyjaciele często obserwuję,
jak się was wielu ze swym życiem mocuje.
Niełatwy rozdział życia wypełniacie,
przed sobą kłody i progi wciąż macie.

Chcę was pocieszyć dodać wam odwagi:
Życie na ziemi jest ogromnej wagi,
bo tylko na niej można się wyzwalać,
z dróg własnych kłody i progi odwalać.

Choć ziemskie drogi są kręte, zawiłe,
lecz jakże własnej duszy będą miłe,
jeżeli je własną pracą sprostujecie,
własnym wysiłkiem cel zdobędziecie.
Który się w sercu, w każdej duszy jarzy,
o którym każde serce marzy.

Bo każdy człowiek w swej głębi czuje
i na spełnienie tęsknot oczekuje.
Jakże mi miło, że mam kontakt z wami,
który nawiązał się tak między nami.

Na moje słowa wciąż oczekujcie,
mych wypowiedzi jeszcze więcej chcecie.
Lecz wiedzcie, że ja tę pracę
i przyszłe życie na Ziemi buduję.

Roztrząsam mojej duszy knieje
i czuję, że w tej głębi już jaśnieje!
Będzie mi łatwiej żyć z tą świadomością,
chociaż nie będzie ono wciąż radością.

Chcę przeżyć wszystko, co kiedyś straciłem,
głos mego ducha głazem przywaliłem,
który mnie i tu swym ciężarem gnębi.
Ale ja czuję w mojej duszy głębię,
że w życiu ziemskim ten głos tak rozkruszę,
uwolnię ducha i uwolnię duszę!

I radzę wszystkim, by to przemyśleli,
co tak od szczęścia całą ludzkość dzieli.
Ja będąc w ciele wiele przeoczyłem,
zdawało mi się, że bezgrzesznie żyłem…

A cóż ja z sobą zabrałem w zaświaty?
Bo te więdnące i bezbarwne kwiaty,
które bezmyślnie na Ziemi zbierałem,
z których właściwie nic nie skorzystałem!

A mógłbym zabrać wspaniałości wiele!
Miałem okazję, bo mieszkałem w ciele.

Tu się natomiast wciąż przygotowuję,
dawne postępki swe krytykuję.
Sama krytyka nic tu nie pomoże,
więc z całej siły mozołu dołożę,
żeby odrobić wszystkie zaległości,
wzlecieć ku światłu, wzbić się w nicości.

Bo przecież po to jesteśmy stworzeni!
My, jasne duchy ogromu przestrzeni.
Wolni bez mroku, kajdan i cierpienia
zapomnieliśmy cud naszego istnienia!

Och! Jakże wiele tu można zrozumieć!
Wystarczy pragnąć, gorąco chcieć i umieć.
Dołożyć starań, pragnąć wyzwolenia,
choćby za cenę goryczy, cierpienia!

Chciałbym przekonać was, o przyjaciele:
Macie okazję bo mieszkacie w ciele:
Zbierajcie tylko to co zabierzecie,
co ma większą cenę w naszym świecie.

A wszystko inne to blichtr i ułuda.
Niczego tu przemycić się nie uda.
Ziemskie piękności na Ziemi zostaną,
ich właściciele nagusieńcy staną.

Tej, która mi swej ręki użyczyła,
oby najdłużej w zdrowiu, w szczęściu żyła.
Cóż ja bym bez niej uczynił mój Boże?
Ja ze swej strony swoich sił dołożę,

chociaż nie umiem modlić się i prosić,
chciałbym do Boga choć westchnienie wznosić.
By obdarował ją życiem i zdrowiem,
gdy się znów zjawię, więcej wam opowiem.

Teraz was żegnam, o westchnienie proszę.
Błogo mi że w wasze życie wnoszę,
chociaż iskierkę tego, co przeżywam.
Do przemyślenia i was, mili, wzywam.

Warszawa 19.03.1980

Melchior Wańkowicz: reportaż  z zaświatów nr 10

Wybacz najmilsza, że Cię napastuję,
lecz mój Opiekun Ciebie mi wskazuje.
I przyznam szczerze: z wielu próbowałem,
kontakt przyjaźni nawiązać chciałem.

Ale to zawsze się nie udawało
i jakoś dziwnie się rozsypywało,
bo tam się czułem dziwnie skrępowany
i jakoś obcy przez coś odpychany.

Natomiast z tobą czuję jedną duszę
i to Najmilsza powiedzieć Ci muszę,
że się tak łatwo z tobą współpracuje.
W jakiejś otoczce błękitnej się czuję.

Dlatego podaj mi swe złociste dłonie,
w których moc jakaś tajemnicza płonie.
Niech przekazują to, co jeszcze powiem,
czuję, że jeszcze wiele się tu dowiem.

Rozważam wszystko co tu przeżywałem,
bez fundamentu przyszłość budowałem,
dlatego, mili to się rozsypało,
co mnie wabiło oraz olśniewało.

To nie są mrzonki, ani bajanie,
ale dokładne czynów przeżywanie.
Widzę to jasno, ostro i dokładnie,
wiem w jaki sposób spłacić to wypadnie.

Przyszedłem szybko i bez zapowiedzi:
wiem, że niejeden z was nad tym biedzi.
Dlaczego Melchior nic nie powiada?
Tych opowiadań każda dusza rada.

Chciałbym przekazać wam to, co czuję
i w jaki sposób teraz rozumuję.
Lecz w jakie słowa ubrać przeżywanie?
Rozmyślam nad tym, lecz nie jestem w stanie,

bo to jest ogrom odcieni i światła.
Rozumiem teraz, to rzecz dla mnie łatwa.
Ale trzeba to zamienić w słowo.
Nie wiem jak?
I muszę uczyć się od nowa

Bo będąc na, Ziemi tak się z nią zżyłem,
tak się zbratałem i tak zespoliłem,
że w mojej duszy nigdy nie świtało,
żeby inaczej kiedyś być musiało.

I to jest właśnie najcięższym brzemieniem,
uznanie tego, co jest tylko cieniem.
I  wtopić się w to ciałem i duszą,
więc jakie to skutki okrutne być muszą.

A skutków tego bez miary znacie!
Najmilsza Siostro i Najmilszy Bracie!
I rozżaleni jesteście bez przerwy,
bo coraz słabsze będą nasze nerwy.

Zbieram owoce tego co posiałem,
zdawało mi się, że najlepiej chciałem.
W blichtr i pochwały zapatrzony byłem
i najważniejszy  cel życia zgubiłem.

Dlatego ostrzec chciałbym was, Kochani,
niech waszej duszy wypowiedź nie rani.
Ja sobie czasem też z tego zadrwiłem,
kiedy na Ziemi w moim ciele żyłem.

Dlatego tu posunąć się nie mogę,
drwiny zabarykadowały mi drogę,
których usunąć nie można
w tym świecie.

Opiekun, który mną się opiekuje,
uczy rozmyślań i tu mną kieruje,
wskazał, że wszystko wypracować muszę,
żeby wysupłać z pęt myśli duszę,
które swawolnie sobie narzuciłem,
zanim się w ziemskie ciało zanurzyłem.

Chciałem spróbować blichtru i chwały.
Tak te zachcianki duszę rozpierały.

Po drodze tak się tego uzbierało,
że w końcu ono mnie opanowało,
że zatraciłem rozsądek, myślenie.
I zatonąłem w tym
co było ciałem.

To mojej duszy tu nie zadowala
i cały ciężar tutaj mnie zwala.
Muszę usunąć progi i kajdany,
w które bezmyślnie jestem uwikłany.

W duszy się mojej chciwość przejawiła,
by się czym prędzej usamodzielniła:
nie rozumiałem, że pycha działała,
że ona moją duszę rozsadzała.
Teraz w oddali widzę jasną drogę,
ale ją jeszcze  podążać nie mogę:

Czułbym się na niej lekko, doskonale
jakieś przecudne są te jasne dale.
Wszystko ubieram w te przyziemne słowa,
bo dusza moja jeszcze nie gotowa.

Choć mi się z Tobą tak lekko pracuje,
jakaś złota nić wokół nas się snuje.
I to ułatwia moje opowieści,
choć nie są one bogate w te treści,
które odczuwam i którymi żyję
i których przedsmak odczuwam i piję.

Ale określić ich nadal nie mogę.
Często odczuwam w duszy taką trwogę,
jak jakaś owca mała zagubiona
i pośród istnień jest osamotniona.

Pożegnam Ciebie Siostrzyczko kochana,
przez Opiekuna do pomocy dana.
Nie będę szukał innych przewodników,
oni nie dadzą lepszych, jak z Tobą wyników.

Warszawa  01.05.1982

Inne fragmenty:

Ciągle szukałem ziemskiej pochwały!
Jakiż ja byłem ogromnie mały,
mimo że byłem w dorosłym ciele,
lecz umysłowo byłem jak cielę
i jak ten paw byłem napuszony,
bo dumny z siebie, dumny z mej żony.

My jak dwa pawie się kochaliśmy!
Czy przez to życie rozumieliśmy?
Ot jak dwa małe proste żyjątka,
często podobne do zwierzątka!

Ja swoje życie tu krytykuję
i wciąż nadal go nie akceptuję:
Ono przede mną tu się obnaża,
jego widok mnie tylko przeraża!

Jak było można tak spędzić życie?
Mili wy swoje tu też zobaczycie?
Tu się niestety nic nie ukryje:
Jak człowiek kiedyś żył, tak tu też żyje,

bo wszystko się jawi przed duszy okiem!
Człowiek przed własnym stanie wyrokiem:
Uzna, że jeszcze cierpiał za mało,
chociaż go życie nieraz karało…”

– Na ziemi trzeba siebie kształtować
i przyszłe życie lepiej budować
oraz zbierać to, z czym tu przyjdziecie!
I przed własnym sumieniem staniecie:

Nic czynów waszych tu nie przesłoni.
Wszystko przed duszą się tu wyłoni”.

Widać wyraźnie, że dusza M.Wańkowicza  nie jest pierwszą lepszą.

Jego ziemska sława nie wzięła się z niczego.

To bystry, inteligentny obserwator, bez dwóch zdań – mistrz reportażu, także w zaświatach.
Jest już na górnej krawędzi  czyśćca.

Reszta jego kolegów po piórze  nic nie kapuje.
Brakuje im zrozumienia, zewnętrzego spojrzenia.
Błądzą w ogromie ziemskiego  czyśćca  Wibrują, negatywnymi emocjami, w ogóle nie widząc „wyższych światów”.

znalazł: E2rd

źródło

PRZEMYŚLENIA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: