Wewnętrzna Ziemia 5

Wirusowe wydrążenie umysłu

Teoria wydrążonej Ziemi: piękna, absurdalna i przyciągająca jak magnes. Mało było tak niewiele znaczących idei, które mówiłyby o nas tak wiele.

Ach, gdyby tylko ta będąca naszym dalekim przodkiem błotna istota, która po raz pierwszy wyszła na ląd i spojrzała w niebo, mogła pomyśleć o tym, co właśnie zobaczyła! Raczej niemożliwe, by przytłaczający ogrom nieboskłonu skłonił ją do refleksji, że życie, jak mawiał Albert Einstein, niemal na pewno ma sens. Nasz prehistoryczny dziadek (babcia?) poczułby się mały, tak bardzo nędzny, że cofnąłby się tam, skąd wypełzł, choćby i wbrew prawom ewolucji.

Jakby nie dość było powodów do melancholii, pewien kanonik warmiński miał potem dowieść, że Ziemia nie jest sercem kosmosu. Z czasem okazało się też, że mieszkamy na zaledwie dalekich przedmieściach rozszerzającego się bez celu i stygnącego Wszechświata. Trudno się dziwić potomkom przodka, że poszukując utraconej dumy, szukali czasem dróg na skróty, bez poszanowania reguł nauki (a czasem je wręcz ignorując), dając w ten sposób początek pewnej intelektualnej przewrotce, która przywraca człowiekowi należne mu miejsce, czyli centrum (uwagi). Jest nią teoria wydrążonej Ziemi. Idea, o której David Standish, autor wydanej niedawno książki „Hollow Earth”, pisze, że była błędna, nie zmieniła niczego, ale mimo to miała i ma nieodparty wręcz urok.

Ojciec mimo woli

Pomysł, że kula ziemska może być w rzeczywistości sferą, był na tyle dziwny, że nawet jego twórca Edmund Halley (1656-1742) wydawał się nieco zakłopotany, gdy w 1691 r. stanął przed Royal Society, by nakreślić jego zarys. A przecież w skład Królewskiego Towarzystwa Naukowego wchodził dojrzały kwiat brytyjskiej nauki, któremu niestraszne były nawet dzieła o „doświadczeniach poczynionych nad właściwościami jaszczurek, tak w stanie stałym, jak i płynnym, w odniesieniu do leczenia chorób wenerycznych i grzybic”. Umysł naukowy dopiero zaczynał się kształtować.

Mimo wszystko Halley obawiał się nieco, że opowiadając o wydrążonej skorupie wewnątrz której, jego zdaniem, obracać miały się trzy inne sfery (o rozmiarach Wenus, Marsa i Merkurego), naraża się na śmieszność. Sprawa była jednak poważna. Teoria Halleya była bowiem pierwszą naukową próbą rozwiązania problemu, który znosił Wielką Brytanię na manowce – w przenośni i dosłownie. Nawigatorzy okrętów Jej Królewskiej Mości, walczący o dominację na morzach i oceanach, zdani byli na niedokładne i kłopotliwe w użyciu Almanachy Astronomiczne. Określanie długości geograficznej stanowiło w XVII w. nie lada wyzwanie, a poza tym im bardziej marynarze zbliżali się do biegunów, tym bardziej igła busoli odchylała się w bok. Biegun magnetyczny uparcie nie pokrywał się z geograficznym, co utrudniało i tak skomplikowaną nawigację między lodami Północy. Tymczasem odnalezienie przejścia z Europy do Azji wiodącego nie wokół Afryki, ale skrótem przez Arktykę, było marzeniem każdego z morskich mocarstw.

Stawka była duża, lata całe spędził więc Halley próbując rozwikłać zagadkę wędrujących biegunów, po czym doszedł do wniosku, że jedynym wytłumaczeniem musi być obecność we wnętrzu naszego globu obracających się sfer, z których każda ma własne bieguny magnetyczne, wpływające na położenie biegunów sfery zewnętrznej, czyli powierzchni Ziemi. Jakkolwiek zaskakująca, propozycja Halleya nie była całkiem oryginalna. Po części była dalekim echem odwiecznego mitu, który przyczyn codziennej niedoli kazał dopatrywać się w nieżyczliwych interwencjach mrocznych bóstw (którymi zaludniały wnętrze Ziemi niemal wszystkie religie); po części zaś kontynuacją teorii magnetycznej Athanasiusa Kirchera (1602-1680), ponoć ostatniego człowieka, który wiedział wszystko, a niemal wszystko, co wiedział, spisał na 800 stronach dzieła „Magnes”, gdzie dowodził, że źródłem wszelkiego ruchu i życia jest magnes nad magnesami (czyli Bóg).

Początkowo Halley zakładał, że wewnętrzne sfery to raczej jałowe krainy, bo „nie wiadomo, jaki użytek miałby wynikać ze skorup zamkniętych w wiecznej Ciemności, i z tego też powodu niestosownych do produkcji Zwierząt lub Roślin”. Wkrótce jednak zmienił zdanie przekonując, że „wiele jest sposobów wytwarzania światła, których nie znamy”. A światło to życie. Jednak te i inne frapujące implikacje idei Halleya nie spotkały się z przychylnym przyjęciem przyrodników, nad czym uczony przeszedł do porządku dziennego, być może dlatego, że miał wiele innych zajęć. Jak pisze Lisa Jardine w „Ingenious Pursuits”, „w annałach Królewskiego Towarzystwa aż roi się od jego śmiałych publikacji o wszystkim, od globalnych prawidłowości w zachowaniu pasatów do mechaniki dzwonów do nurkowania i zbawiennych efektach zażywania opium”.

Z drugiej jednak strony z tą jedną ideą łączyły Halleya więzy uczuciowe niepoddające się naukowej analizie. Ich dowodem może być ostatni portret ukazujący zasępionego 80-letniego uczonego z arkuszem papieru w dłoni, na którym dojrzeć można nie bezbłędne trajektorie badanych przez niego komet i gwiazd, ale szkic czterech sfer otaczających kuliste jądro Ziemi.

Jak później dowiedziono, cały swój koncept Halley oparł na błędnych przesłankach. Wartość kluczowego w swych obliczeniach parametru, masę Księżyca, zaczerpnął z dzieła „Principia” Izaaka Newtona. A w tym akurat punkcie Newton mylił się i to bardzo (przeszacował masę trzykrotnie). Ale kiedy fakt ten stał się oczywisty, było już za późno. Teoria wydrążonej Ziemi poszła w świat, by atakować niczym egzotyczny pasożyt umysłu – co prawda raz na kilkadziesiąt lat i tylko wybrane jednostki, ale za to bez litości.

Symmes lepszy od Kolumba

Jedną z pierwszych ofiar (a z pewnością jedną z najbarwniejszych) był John Cleves Symmes (1779-1829), emerytowany kapitan kawalerii, który na amerykańskim pograniczu handlował z Indianami w czymś, co przypomina współczesne supermarkety. W 1818 r. 38-letni Symmes odezwał się do świata tymi słowy: „Oświadczam, że Ziemia jest pusta i nadająca się do zamieszkania wewnątrz; zawiera pewną liczbę sztywnych, zawierających się w sobie wzajemnie koncentrycznych sfer, i że jest otwarta na biegunach na wysokości 12 lub 16 stopnia szerokości geograficznej. Zaklinam się na własne życie, że będę wspierać tę prawdę i poznawać owo wydrążenie, jeśli tylko świat wspomoże mnie w tym przedsięwzięciu”. Świat pozostał jednak obojętny i po 10 latach nieudanych prób zorganizowania ekspedycji do środka Ziemi, i po niezliczonych objazdach kraju z wykładami na temat swej teorii, Symmes zmarł z przemęczenia.

Jego świat składać się miał z co najmniej pięciu (ostateczną liczbę należało zbadać) oddzielonych wolnymi przestrzeniami skorup, z których każda posiadała własną atmosferę, a co za tym idzie, nadawała się do zamieszkania, zarówno na górze, jak i od spodu (Bóg nie dopuściłby do sytuacji, przekonywał Symmes, by tyle przestrzeni wewnątrz Ziemi miało się marnować). Wszystkie sfery też miały otwory na biegunach, dzięki którym można było swobodnie wędrować między piętrami, których krawędzie były na tyle szerokie i łagodne, że krajobraz zakrzywiałby się niezauważenie. Podróżnika nie ogarnęłyby nagłe ciemności, bo, jak zapewniał Symmes, światło słoneczne docierałoby do wnętrza sfer podobnie jak dociera do pokoi z oknami skierowanymi na północ.

Tę wydrążoną krainę wyczerpująco opisał anonimowy autor „Symzonii” (prawdopodobnie sam Symmes), bodajże pierwszej, wydanej w 1820 r., amerykańskiej powieści utopijnej. Jej bohater, kapitan Adam Seaborn, wpływa do czeluści na biegunie północnym, by na wewnętrznej powierzchni globu odkryć szczęśliwą cywilizację niewysokich, ale dobrze zbudowanych istot, które w kwestiach społecznych rządzą się prawami idealnej merytokratycznej demokracji (nieliczne jednostki zdegenerowane są karnie wysyłane na zewnątrz). Urzeczony odkryciem lepszego świata wilk morski Seaborn, ewidentnie alter ego Symmesa, daje się w pewnym momencie ponieść euforii i wyznaje bezwstydnie: „Tak oto zagwarantowałem sobie spektakularne i nieprzemijające miejsce na stronicach Historii i najlepsze z miejsc w świątyni Sławy. Przy moich osiągnięciach podróż Kolumba była tylko wycieczką na ryby, a jego odkrycia w porównaniu z moimi – zaledwie błahostką”.

Niestety, sława powieściowego Seaborna nie stała się udziałem Symmesa. Podczas swych prelekcji mówił ponoć nosowym głosem i z wyraźnym trudem. Mniej wrażliwych na ludzką mękę słuchaczy ogarniały fale senności, tym bardziej wrażliwym samo przypatrywanie się mówiącemu Symmesowi sprawiało fizyczny wręcz ból, a pozostałych zniechęcał nieskładny i nielogiczny sposób, w jaki prezentował swoje tezy. Zapewne z tych powodów akurat ta jedna z wielu krążących wówczas po świecie utopijnych teorii z pogranicza nauki i fantazji nie znalazła zwolenników. Śmierć dopadła Symmesa gdzieś w drodze między jednym a drugim wykładem. Symzonia pozostała krainą marzeń, niespełnioną przygodą chłopca, który zestarzał się, zanim zdołał dojrzeć.

Poe nieustraszony

Epizodyczną, ale chyba najbardziej zagadkową rolę w ewolucji teorii wydrążonej Ziemi odegrał Edgar Allan Poe (1809-1849), amerykański pisarz, który przez swe krótkie życie przeszedł, jak pisał o nim Władysław Kopaliński (parafrazując fragment poematu „Kruk”), śniąc sny, których śmiertelnik żaden przed nim nie śmiał śnić. W zasadzie trudno się dziwić, że znany z romantycznego i chorobliwego zamiłowania do zjawisk osobliwych i przerażających, uznał rzekomo istniejące, ale jeszcze niezbadane, a prowadzące do trzewi Matki Ziemi dziury na biegunach (zwane wtedy dziurami Symmesa) za wdzięczny teren artystycznych eksploracji.

„Poe walczył o byt piórem i z walki tej nieodmiennie wychodził pokonany”, pisał Kopaliński w przedmowie do zbioru jego opowiadań, ale zdarzały się krótkie chwile triumfu, z których dwie związane były właśnie z teorią Halleya i Symmesa. Uwagę czytelników przykuło jedno z wczesnych opowiadań pisarza „Rękopis znaleziony w butelce”, w którym bohater dzieli się swymi wrażeniami z podróży statkiem po morzach południowych. Rejs kończy się niespodziewanie, kiedy „urągająca najdzikszej wyobraźni spiętrzona i wirująca pianą czeluść oceanu” rozwiera swe otchłanie. Podmiot liryczny przestaje notować, gdy okręt „śród wycia burzy i gromowych rozhuków ryczącego oceanu korab wzdryga się – o, Boże! – zapada w bezdno!” – w przeciwieństwie do pisarza, który dzięki temu opowiadaniu na krótko od dna (finansowego) się odbija.

Wątek porzucony (a raczej zatopiony) w „Rękopisie” podjął Poe w równie popularnej „Opowieści Artura Gordona Pyma z Nantucket”. Jej bohaterowie zostają wessani do wnętrza planety, zamieszkanego przez dzikie i czarne jak smoła istoty czczące wielkie białe bóstwo. Po wielu przygodach panowie Pym i Peters umierają śmiercią gwałtowną i niewyjaśnioną, antycypując poniekąd los ich twórcy, o którym Charles Baudelaire pisał: „Jakąż żałosną tragedią jest życie Edgara Allana Poego. I jego okropne zakończenie”. Pisarz dokonał żywota jako nędzarz, w dziwnych okolicznościach, dręczony wizjami ostatnich stadiów delirium. Schodził w czeluść, nie pozostawiając pamiętnika.

Podobny wątek podjął też Juliusz Verne w „Podróży do wnętrza Ziemi”, jednak ze zgoła innych powodów. Jego bohaterowie, czyli reprezentujący inteligencję profesor Otto Lindenbrock i jego bratanek Axel oraz ich krzepki, symbolizujący bliskie związki z naturą przewodnik Hans, schodzą do wulkanu na Islandii właściwie tylko po to, by w tych nietypowych okolicznościach przyrody omówić dręczące im współczesnych pytania o istotę procesów zachodzących w jądrze planety. Zanim u kresu swej podróży drużyna zostanie szczęśliwie wystrzelona na powierzchnię z krateru na włoskiej wyspie Stromboli, Verne zaprezentuje z właściwą sobie drobiazgowością poglądy zapomnianych już dziś neptunistów i plutonistów, katastrofistów i uniformistów, zwolenników i przeciwników ewolucji, geologów wiernych Pismu i ateistów oraz kilku innych grup nacisku w jakże interesującym środowisku XIX-wiecznych geologów.

Teed gwałtownie porażony

Bakcyl teorii wydrążonej Ziemi oszczędził dziadka literatury science fiction tylko po to, by zebrawszy siły następną ofiarę opętać bez reszty. Tym razem przybrał postać jasnej panienki, która nawiedziła Cyrusa Reeda Teeda (1839-1908). Stało się to wtedy, gdy ten amerykański medyk leżał bez przytomności, którą stracił po tym, jak eksperymentując z elektrycznością sam nieopatrznie podłączył się do prądu. Duch Święty bez trudu przekonał niczym niewyróżniającego się dotąd Teeda, że jest on wybrańcem Bożym i czym prędzej powinien zająć się wyznaczeniem miejsca, gdzie stanie odizolowane od reszty cywilizacji Nowe Jeruzalem, czyli zalążek nowego porządku.

Objawienia zwykle przychodzą w najlepszym momencie – tak było i tym razem. Oplatany siecią kabli telefonicznych i omiatany wiązkami fal radiowych świat Teeda gwałtownie się kurczył. Wybrzeża Ameryki połączyła linia kolei żelaznej, przynosząc kres mitowi pogranicza, gdzie wszystko można zacząć od nowa. Urbanizujący się kraj zdawał się staczać ku chaosowi, w którym człowiek zdany był na łaskę i niełaskę gargantuicznych korporacji. Jakby tego było mało, darwiniści uparcie przekonywali, że na początku była małpa, astronomowie, że Wszechświat nie ma końca, natomiast fizycy twierdzili, że nie ma ducha, ale tylko elektryczne impulsy. Szczęśliwie jednak podczas krótkiej iluminacji Teed dowiedział się, że Bóg to kwestia indywidualna, nie podlega więc prawom ewolucji lub fizyki. Podobnie zresztą jak niebo i piekło, które mają naturę duchową i nosimy je w sobie, czyli w duszy podlegającej reinkarnacji. Elektryczna panienka (która najwyraźniej czytała zapiski Halleya i Symmesa) wyjaśniła też, że nie musimy się martwić przerażającym nadmiarem miejsca w kosmosie, ponieważ jest on jak jajko, a my żyjemy po wewnętrznej stronie jego skorupki.

Jajko Teeda składać się miało z 17 warstw o łącznej grubości 150 km, pięciu geologicznych, pięciu mineralnych i siedmiu metalicznych, o niezwykle skomplikowanych własnościach i mechanice, opisanej w równie szczegółowy co zagmatwany sposób w dziele „Kosmogonia komórkowa”. W tej wklęsłej kosmogonii planety i gwiazdy na niebie okazywały się zaledwie odbiciami „tarcz rtęciowych unoszących się między warstwami metalowych płaszczyzn”, podobnie zresztą jak unoszące się w środku przestrzeni Słońce, będące widmem wielkiej „elektromagnetycznej baterii”. Komety zaś były „czymś złożonym z sił kruzorycznych, wywołanych kondensacją przez rozproszenie substancji kolorowej w przerwach przy otwarciu obwodów elektromagnetycznych zamykających przepust energii słonecznej i księżycowej” (cytat za „Pseudonauka i pseudouczeni” Martina Gardnera, PWN, Warszawa 1957).

Siły kruzoryczne, choć do dziś nieodkryte, z pewnością ułatwiły temu przystojnemu mężczyźnie o przenikliwym spojrzeniu i głębokim niskim głosie skłonić dziesiątki osób, w większości samotnych kobiet, do założenia utopijnej komuny religijnej, która osiadła w Estero na Florydzie. Miejsce to miało być tarczą zarodkową alchemiczno-organicznego jaja całego kosmosu. Tam właśnie członkowie komuny oczekiwali nowego początku, oddając się budowie wyjątkowego osiedla, które i dziś spełniłoby najostrzejsze unijne normy ekologiczne (posiadało np. własną elektrownię i oczyszczalnię ścieków). W czasie wolnym wierni oddawali się badaniom Wielkiej Wklęsłości, nie dopuszczając myśli o Wypukłości, albowiem, jak pisali, „wiara w wypukłość Ziemi jest zaprzeczeniem Boga i jego dzieła”.

Teed twierdził ponadto, że odkrył sekret kamienia filozoficznego oraz (wcześniej niż Einstein) związki łączące masę i energię, a co za tym idzie posiadł umiejętność zamiany materii w pole elektromagnetyczne i z powrotem. Dlatego też, kiedy umarł, jego wyznawcy bez lęku czuwali przy jego chwilowo, jak sądzili, nieżywym ciele. Dopiero na polecenie stanowego urzędnika sanitarnego pochowano je w mauzoleum, wciąż jednak wierząc, że Teed powstanie z martwych. Tak się jednak złożyło, że huragan z 1921 r. zmył grobowiec do morza, a pozbawiona wsparcia grupa wiernych, która jeszcze za życia duchowego lidera nie potrafiła sobie ułożyć życia z sąsiadami, rozpierzchła się po świecie. Tymczasem Teeda jak nie było, tak nie ma. Być może utknął gdzieś między warstwami.

Świat unicestwiony

Pod koniec XIX w. teoria wydrążonej Ziemi opuściła domenę nauki, by stać się jednym z ulubionych tematów fantastycznych powieści utopijnych (tylko między 1886 a 1896 r. i tylko w samych Stanach Zjednoczonych dała zaczyn ponad setce utworów). Ponieważ literatura fantastycznonaukowa zawsze szczególnie wiernie odwzorowywała lęki charakterystyczne dla epoki, w której powstawała, podróżujący do wnętrza Ziemi na przełomie wieków odnajdywali tam zdrowy, nieskażony korupcją socjalizm, podczas I wojny światowej – konflikty dobrze znane z powierzchni (co zmuszało ich do budowania skomplikowanych militarnych koalicji), natomiast po II wojnie światowej autorzy opowiadań ze szczególnym upodobaniem sięgali po modny wówczas motyw pozaziemskich cywilizacji. Z nieznanych bliżej przyczyn obcy uparcie zagnieżdżali się w jądrze naszej planety (dając początek np. atlantydzkiej rasie tytanów), by potem niepokoić sąsiadów na górze rajdami latających spodków, które wynurzały się z dobrze zamaskowanych otworów na biegunach.

Z czasem jednak naukowa wiedza o rzeczywistych procesach zachodzących we wnętrzu planety, w wielu aspektach zaskakująco zresztą zbieżna z niektórymi pomysłami Edmunda Halleya, zaczęła uśmiercać fantastyczne spekulacje (choć odporność na nią wykazują jeszcze nieliczni poszukiwacze dziur Symmesa, luźno związani z ruchem New Age). Chyba ostatnie, ale tym razem już tylko nostalgiczne wspomnienie teorii wydrążonej Ziemi znajdą czytelnicy w wydanej 10 lat temu powieści „Mason i Dixon” Thomasa Pynchona, gdzie mieszkańcy wewnętrznej powierzchni planety, co „wiszą niczym gacki w dzwonnicy”, wypowiadają znamienne słowa: „Gdy tylko paralaksę słoneczną się pozna, wszelkie stopnie nieodzowne odnotuje, a rozmiary, ciężar i kształt Ziemi na dobre ustali, nasza kraina zniknie”.

Wszechświat z ludzką twarzą

Kraina znikła, choć jej historia ma pieprzny epilog. Egipski matematyk Mostafa A. Abdelkader podniósł przykurzoną ideę Halleya, Symmesa i Teeda, doprawił kilka równań przywracając jej utraconą cześć i w takiej postaci w 1983 r. opublikował w najzupełniej poważnym periodyku naukowym „Speculations in Science and Technology”. Przekonywał, że dla kogoś „obdarzonego na tyle otwartym umysłem, by wyzbyć się przywiązania do Wszechświata kopernikańskiego, jedyną atrakcyjną alternatywą będzie Geokosmos, czyli Wszechświat zawarty we wklęsłej Ziemi. Ten pierwszy, z niewiarygodnie wielką liczbą gwiezdnych galaktyk i innych ciał niebieskich odległych o miliardy lat świetlnych oraz ze źródłami energii o zdumiewającej mocy rozrzuconymi bez celu w przestrzeni, sprawia, że w jego porównaniu Ziemia i Układ Słoneczny wydają się być niczym, podczas gdy w tym drugim powierzchnia Ziemi jest ostateczną granicą całego kosmosu, który w niej właśnie się zawiera”.

Zdaniem Abdelkadera, spokój ducha mieszkańcom naszej planety, skazanym na obcowanie z przygnębiającą nieskończonością Wszechświata, może przywrócić proste rzutowanie każdego z punktów przestrzeni na zewnątrz, na punkty wewnątrz sfery skorupy ziemskiej. Poddany takiemu przekształceniu Księżyc zmniejszyłby się do kuli o promieniu kilometra, Słońce stałoby się 2,5-metrową bańką zawieszoną nieco ponad 200 m nad centrum Wklęsłości, wokół którego krążyłyby także Mars, Wenus i inne planety (o rozmiarach bakterii). Mostafa z Aleksandrii elegancko rozprawił się też z problemem wschodów i zachodów Słońca oraz ruchów innych ciał niebieskich zakładając, że światło biegnie nie po liniach prostych, ale zakrzywia się jak długie, omiatające powierzchnię Ziemi wąsy kosmicznego kota. I chociaż brzmi to jak żart, ma swój sens – przynajmniej z punktu widzenia matematyki. Co więcej, nie sposób rozstrzygnąć doświadczalnie czy Wszechświat jest wklęsły, czy wypukły.

Niestety, wyjaśnienie złożoności Wszechświata o kształcie, w jakim chciałby go widzieć Abdelkader, wymagałoby od fizyków zburzenia starego i wybudowania od podstaw nowego gmachu nauki oraz odrzucenia tzw. brzytwy Ockhama, jednego z podstawowych narzędzi współczesnych uczonych, które nakazuje „bytów nie mnożyć, fikcyj nie tworzyć”. Wielka szkoda. Bo gdyby tak być nie musiało, to dzięki teorii wydrążonej Ziemi wszystko, co widzialne, stałoby się osiągalne. I nie byłoby wreszcie we Wszechświecie nic ważniejszego niż my sami i nic potężniejszego niż nasz mózg. Wtedy można by już było śmiało spojrzeć w górę (czyli w dół) i pomyśleć, że warto było wychodzić z błota.

No i po co nam ta cała nauka?

Karol JałochowskI

źródło

————————————————

JAJO KOSMICZNE I UŁUDNY WSZECHŚWIAT

Wszechświat nieskończony jest żydowską abstrakcją. Skończony, zaokrąglony wszechświat jest wyobrażeniem całkowicie aryjskim.

Peter Bender

Lodowa teoria wszechświata, w formie zaakceptowanej przez Hitlera i Himmlera, została – bardziej niż jakakolwiek inna teoria okultystyczna – oficjalnie włączona do nazistowskiej ideologii Trzeciej Rzeszy. Jednak jeszcze jedna teoria okultystyczna dotycząca natury wszechświata, chyba jeszcze bardziej dziwaczna niż teoria Hörbigera, była aktywnie popierana przez pewną liczbę wysokich urzędników hitlerowskich. Należał do nich Goering, dowódca nowego niemieckiego Luftwaffe z jego siejącymi przerażenie stukasami i messerschmittami – człowiek, który kontrolował życie gospodarcze kraju, sprawując pieczę nad realizacją planu czteroletniego *[Plan ten, który miał przygotować niemieckie siły zbrojne do ofensywy na Zachodzie, oparty był na haśle „Armaty zamiast masła” i częściowo stanowił odpowiedź nazistowskich Niemiec na radziecki plan pięcioletni wprowadzony przez Stalina.] oraz był „wielkim łowczym Rzeszy”; w błyszczących mundurach własnego projektu prowadził zagranicznych dygnitarzy na polowania w zasobnych w zwierzynę niemieckich lasach.

Teoria, która zyskała specjalną protekcję Goeringa i przynajmniej częściowe jego oddanie, nazywała się doktryną pustej Ziemi. Jej rosnąca popularność i związki z nazistami ilustrują, jak odrzucone przez świat nauki teorie ewoluują w kierunku kultu i są wchłaniane w zasób idei i poglądów, które utrzymują się w specyficznej intelektualnej atmosferze okultystycznej kontrkultury. Ukazują też, w jaki sposób nawet najbardziej ekscentryczne odmiany takich odrzuconych teorii zyskują poparcie przynajmniej części okultystów. Nic ma wątpliwości, że antyortodoksja narodowego socjalizmu skłoniła niektórych nazistów do przyjęcia idei i poglądów tak dziwacznych, że ich orędownicy sprawiać mogą wrażenie ludzi niespełna rozumu.

Choć, jak zobaczymy, doktryna pustej Ziemi zaowocowała jednym z najdziwniejszych wydarzeń drugiej wojny światowej i śmiercią kilku członków NSDAP w obozach koncentracyjnych, jej początki były wielce szacowne. Wszystko zaczęło się od artykułu opublikowanego w roku 1692 w „Philosophical Transactions”, piśmie brytyjskiego Royal Society – wtedy, jak i dziś, najbardziej poważanego z angielskich towarzystw naukowych.

Autorem artykułu był astronom Edmund Halley, ten sam, którego imieniem nazwano sławną kometę. Halley był zaprzyjaźniony z wielkim Izaakiem Newtonem i w gruncie rzeczy to dyskusja miedzy obu tymi uczonymi mężami skłoniła ostatniego z nich do napisania epokowego dzieła Principia, w którym zawarł matematyczne formuły będące podstawą wszystkich współczesnych osiągnięć techniki, od samochodu do rakiety kosmicznej.

Halley zgadzał się całkowicie z przedstawionymi w Principiach teoriami i częściowo finansował nawet ich wydanie drukiem. Sądził jednak, całkiem słusznie, że fizyka Newtonowska, która trafnie i kompetentnie tłumaczy zjawiska tak różnorodne, jak ruchy planet i trajektorie lotu kuł armatnich, nie rozwiązuje jednak pewnych problemów związanych z Ziemią. Jednym z nich były niezrozumiałe magnetyczne odchylenia i fakt, że bieguny magnetyczne Ziemi – te, które wskazuje igła kompasu – nie pozostają na jednym miejscu i zmieniają nieznacznie swoją pozycję.

Halley w artykule z 1692 roku próbował podać matematyczne uzasadnienie tego zadziwiającego zjawiska. Jeśli przyjąć rozumowanie, że Ziemia nie jest – jak się powszechnie uważa – szczelnie wypełniona materią, ale jest pusta w środku i składa się z trzech koncentrycznych skorup jak trzy zewnętrzne warstwy cebuli, z których zewnętrzna jest zamieszkana przez ludzkość, wtedy przyczyna magnetycznych odchyleń jest łatwa do wyjaśnienia. Właściwie pozostaje już tylko wniosek, że bieguny magnetyczne są w rzeczywistości usytuowane na jednej lub obu wewnętrznych skorupach Ziemi, i że te wewnętrzne skorupy obracają się wokół swojej osi z nieco odmienną prędkością niż skorupa zewnętrzna.

Poglądy Halleya wywołały spore zainteresowanie po pierwszej ich publikacji, ale wkrótce emocje opadły i większość matematyków i fizyków zapomniała o tej teorii.

A jednak przynajmniej jeden człowiek stał się zagorzałym zwolennikiem hipotezy Halleya dotyczącej pustej w środku kuli ziemskiej. Tym człowiekiem był Cotton Mather, purytański duchowny z Massachusetts. Pastor ów pisywał na temat czarnej magii, czarnoksięstwa i opętania przez diabła i za jego to głównie sprawą doszło do histerii towarzyszącej skazaniu domniemanych czarownic podczas pamiętnego procesu w Salem w 1692 roku.

Komentarz Mathera do teorii pustej Ziemi Halleya zachował się w jego dość dziwacznej spuściźnie literackiej, co sprawiło, że wiedza o tej hipotezie przetrwała – prace Mathera są bowiem nieprzerwanie studiowane przez tych, których fascynują opowiadania o duchach, goblinach, demonach i innych zjawach nocnych. To nieustające zainteresowanie pismami Mathera doprowadziło w dziewiętnastym wieku do odrodzenia wiary w możliwość, że Ziemia jest pusta w środku, a w naszym stuleciu – do zaangażowania się w nią nazistów.

Przed owym dziewiętnastowiecznym odrodzeniem powstała jednakże jeszcze jedna odmiana tej teorii i ona również zasługuje na krótką wzmiankę. Teoria ta została sformułowana przez sir Johna Lesliego, szkockiego fizyka, który twierdził, że Ziemia składa się z masywnej i litej zewnętrznej powłoki grubej na setki mil, otaczającej pustą przestrzeń, w której krążą dwa „wewnętrzne słońca” obracające się wokół wspólnego środka grawitacji. Leslie był tak pewny istnienia swych miniaturowych słońc, że posunął się nawet do nadania im nazw: pierwsze od greckiego boga podziemi nazwał Plutonem, drugie zaś Prozerpiną od półbogini, która według mitologii była żoną Plutona przez sześć miesięcy każdego roku.

Człowiekiem, który zapoczątkował odrodzenie teorii Halleya, następnie rozwinął ją i nadał jej rozgłos był John Cleve Symmes, urodzony w 1780 roku potomek długiej i wybitnej linii pastorów z Nowej Anglii, z których najwcześniejszy, Zachariasz Symmes, angielski purytanin, wyemigrował do Massachusetts w roku 1634.

Przodkowie Symmesa znali się dobrze z rodziną Matherów, nabywali egzemplarze wszystkich dzieł Cottona Mathera i przechowywali je jako schedę rodową. To właśnie lektura jednej z tych książek przemieniła młodego Johna Symmesa – a był on nienasyconym czytelnikiem – w zwolennika teorii zakładającej, że Ziemia jest wewnątrz pusta i złożona z kilku koncentrycznych skorup.

Symmes rozwinął ową teorię jeszcze przed trzydziestką. Uważał, że bieguny Ziemi są otworami prowadzącymi do wnętrza jej pustej skorupy. Doszedł do tego dziwnego wniosku w wyniku głębokich studiów nad dziełem Laplace’a, francuskiego astronoma i matematyka. Laplace wykazał, że Ziemia na równiku jest wybrzuszona, co trafnie uznał za wynik obrotów kuli ziemskiej wokół swej osi, i sugerował, że z tej samej przyczyny musiały powstać zagłębienia na biegunach. Zagłębienia Laplace’a, twierdził Symmes, są takiej głębokości, że prowadzą aż do wnętrza Ziemi.

Symmes nie spisał wyników swoich dociekań w jakiś zborny sposób i aby otrzymać zbliżony obraz jego kosmologii, trzeba się przyjrzeć zamieszczanym w czasopismach sprawozdaniom z jego wykładów, wywiadom z nim, a także działalności jednego z jego uczniów, który podjął się popularyzacji poglądów mistrza, oraz pamiętnikom spisanym przez syna Symmesa wiele lat po śmierci ojca.

Być może najlepszym streszczeniem poglądów Symmesa jest jego list otwarty, który napisał w 1818 roku, a następnie dał do druku i rozesłał do wszystkich kongresmanów w Stanach Zjednoczonych i do każdego naukowca w Europie.

St Louis, Missouri

Ameryka Północna

10 kwietnia, AD 1818

Do całego Świata:

Ogłaszam, że Ziemia jest wewnątrz pusta i możliwa do zamieszkania. W jej wnętrzu znajdują się twarde koncentryczne kule, jedna w drugiej, otwarte u biegunów na 12 do 16 stopni. Ręczę swoim życiem, że to prawda i jestem gotów przeprowadzić badania tego wnętrza, jeśli Świat udzieli mi poparcia i wspomoże w tym przedsięwzięciu.

Cleve Symmes z Ohio,

emerytowany kapitan piechoty

PS. Mam już przygotowaną do druku rozprawę na temat głównych założeń w tej sprawie…. Wzywam setkę dzielnych towarzyszy, z dobrym ekwipunkiem, aby wyruszyli z Syberii w porze jesiennej w zaprzęgach z renów na lody otwartego morza: Ręczę za to, że gdy idąc w kierunku północnym przekroczymy 80 stopień szerokości geograficznej, odnajdziemy krainę ciepłą i bogatą, pełną zwierzyny i roślinności, a może nawet ludzi. Powrócimy do domów wiosną następnego roku.

JCS

Pomimo powagi, z jaką Symmes bez wątpienia traktował swoją teorię i propozycję eksploracji północnego otworu Ziemi, nie znalazło się wielu takich, którzy podzielali jego opinie. Gazety pisały o owym arktycznym otworze, nazywając go „dziurą Symmesa”. Żaden z naukowców, do których Symmes wysłał kopie swego listu otwartego, nie potrudził się nawet, aby potwierdzić jego otrzymanie. Co gorsza, większość ludzi uznała go za pomyleńca – pomimo medycznych zaświadczeń dowodzących zdrowia psychicznego, które wysyłał swoim korespondentom.

Symmes umarł w roku 1829, wyczerpany kampanią mającą przekonać świat do jego teorii i rozczarowany brakiem zrozumienia Kongresu Stanów Zjednoczonych dla jego prośby o przyznanie funduszy na zaplanowaną ekspedycję polarną.

Symmes pozostawił jednak po sobie kilku uczniów. W 1868 roku pewien człowiek nazwiskiem Lyons, podający się za „profesora”, opublikował książkę zatytułowaną A HolIow Globe, w której nie tylko objaśniał rozwinięcie teorii Halleya dokonane przez Symmesa, ale utrzymywał, że to właśnie Symmes jest jej wyłącznym twórcą. Pięć lat później, w maju 1873 roku, „Atlantic Monthly” zamieścił nadzwyczaj fachowo napisany artykuł przychylny teorii Symmesa.

Jeszcze w 1914 roku Marshall B. Gardner, zainteresowany aeronautyką wyznawca teorii Symmesa, napisał A Journey to the Earth’s Interior, Or, Have the Poles Really Been Discovered? (Podróż do wnętrza Ziemi albo o tym, czy bieguny rzeczywiście zostały odkryte), w której zaprzeczał, by Peary i Amundsen kiedykolwiek dotarli na bieguny. Sugerował, że obaj polarnicy po prostu kręcili się wokół biegunowych otworów, prowadzących do wnętrza Ziemi. On sam, pisał, poradziłby sobie z tym problemem, wykorzystując samolot. Właściwie potrzeba tylko jakiegoś wrażliwego na sprawy publiczne milionera, który by nabył dla niego, Marshala B. Gardnera, przystosowany do warunków arktycznych statek i maszynę latającą…

Wszelkie tego typu pomysły mogą się wydawać – delikatnie mówiąc – zwariowane, ale trzeba wiedzieć, że to właśnie rozsądek i zdrowie psychiczne utorowały drogę tym teoriom w nazistowskich Niemczech. Najpierw założenia teorii zostały przeniesione do Niemiec za sprawą Petera Bendera, pilota myśliwskiego cesarskich sił lotniczych w latach pierwszej wojny światowej. Bender był bliskim przyjacielem innego pilota o nazwisku Goering, następcy „czerwonego barona” (von) Richthofena na stanowisku dowódcy najwybitniejszej formacji lotniczej tamtych czasów, a ponad dwadzieścia lat później pierwszego (i ostatniego) człowieka, który nosił tytuł marszałka Rzeszy.

Goeringowi poszczęściło się jako pilotowi. W listopadzie 1918 roku powitał zakończenie wojny jako najbardziej znany z żyjących pilotów myśliwskich i w dodatku jako człowiek wolny. Bender miał mniej szczęścia. Liczba zestrzelonych przez niego samolotów nawet nie zbliżyła się do liczby, którą szczycił się jego przyjaciel, a w dodatku sam został zestrzelony przez Francuzów i ostatnie dwa lata wojny przesiedział w obozie jenieckim.

Literatura wszelakiej maści zawsze jest witana z radością przez nudzących się w zamknięciu więźniów. Bender nie był wyjątkiem, a ponieważ potrafił czytać w języku angielskim, z zainteresowaniem studiował jakieś stare egzemplarze amerykańskiego czasopisma, które przypadkiem znalazł w obozie.

Czasopismo, które odnalazł, nazywało się „The Flaming Sword” (Płonący Miecz) i od prawie trzydziestu lat propagowało pewną odmianę teorii pustej Ziemi, która była, całkiem dosłownie, przenicowaną teorią Symmesa. Tak, grzmiały wstępniaki i artykuły redakcyjne pisma, oczywiście, że Ziemia jest w środku pusta – tylko Symmes pojął wszystko opacznie. My, rasa ludzka, zamieszkujemy wewnątrz pustej w środku kuli ziemskiej, a nie po jej zewnętrznej stronic.

Ojcem tej teorii był samozwańczy „prorok Koresh”, założyciel i w praktyce redaktor naczelny „The Flaming Sword”. Prorok ów urodził się w roku 1839 w hrabstwie Delaware, w stanie Nowy Jork, jako Cyrus Reed Teed, syn niejakiego Jesse Teeda. Później, kiedy był już przekonany, że jest Wybrańcem spośród Najdostojniejszych, Koresh zaczął przywiązywać wielką wagę do imienia swego ojca, cytując z wielką powagą fragment z biblijnej Księgi Izajasza: „l wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni”.

Przed trzydziestką Teed praktykował jako lekarz, a w wolnych chwilach zajmował się czymś, co nazywał „alchemią” – jak się zdaje, używał tego słowa dla określenia medytacji nad istotą wszechświata, nie zaś dla nieortodoksyjnej chemii.

Jego alchemia, bez względu na jej wartość była, jak się zdaje, wystarczająco skuteczna dla uzyskania tego, co Koresh uważał za „nadzwyczajne objawienie”. Gdy którejś nocy w 1869 roku pracował w swoim „organo-alchemicznym laboratorium” (tak je nazywał), nawiedził go – pod postacią pięknej kobiety – duch przysłany prosto od Boga. Zjawa najpierw zwróciła się do niego imieniem Horos – imieniem, które Teed zanotował, ale go nie wyjaśnił – po czym nazwała go prorokiem Koreshem. Jako prorok, oznajmił anielski gość, Koresh musi zawładnąć mądrością wszechrzeczy. Teed natychmiast doznał objawienia. Jak pisze: „objawiła mi się wiedza całkowita wszystkich rzeczy, którą tylko boski pomazaniec mógł posiąść”. Jednym ze składników tej wiedzy było to, co Koresh nazywał kosmogonią komórkową: „że powierzchnia, na której zamieszkuje ludzkość jest diametralnie odmienna od tego, co mówią na ten temat współczesne teorie naukowe, i Ziemia jest wklęsła…” Mówiąc innymi słowy chodziło mu o to, że żyjemy po wewnętrznej stronie pustej w środku Ziemi Symmesa.

Drogi życiowe Bendera i jego starego przyjaciela Goeringa po zawieszeniu broni w 1918 roku były bardzo różne. Ten ostatni został pilotem akrobatycznym i oblatywaczem prezentującym możliwości szwedzkich samolotów na zlecenie producenta. Poślubił następnie szwedzką arystokratkę, a wkrótce potem został czołową figurą w monachijskim oddziale raczkującej partii nazistowskiej. Odegrał sporą rolę w nieudanym puczu monachijskim w listopadzie 1923 roku, w czasie którego został poważnie ranny. Rana wymagała kilku operacji chirurgicznych, a pamiątką po niej był tak silny ból, że Goering stał się nałogowym morfinistą. Wprawdzie został wyleczony z uzależnienia od narkotyków, lecz niemal do końca życia zmuszony był zażywać niewielkie ich dawki. Pod koniec lat dwudziestych powrócił jednak do aktywnego uczestnictwa w politycznej działalności partii nazistowskiej. Wraz z Hitlerem doszedł do władzy, a w 1933 roku był już drugim pod względem znaczenia człowiekiem w Rzeszy. 20 czerwca Hitler formalnie wyznaczył go swoim następcą. Przez wszystkie te lata Goering zachował uczucie przyjaźni dla Petera Bendera i od czasu do czasu spotykał się ze starym znajomym.

Bender zainteresował się komórkową kosmogonią Teeda, dopracował ją i rozwinął. W broszurach, książkach, listach i artykułach w czasopismach okultystycznych zajął się walką propagandową o obalenie klasycznych nauk geograficznych i zastąpienie ich tym, czego już nie nazywał teorią, ale doktryną pustej Ziemi.

Bender twierdził, że cały widoczny wszechświat jest o wiele mniejszy, niż się powszechnie uważa. Ludzkość żyje po wewnętrznej stronie skorupy próżnej w środku Ziemi; w jej wnętrzu znajduje się ciemna sfera niebieska, wokół której obracają się luźno z nią połączone punkty świetlne. Tworzy to w rezultacie, tzw. wszechświat ułudny (będący czystym złudzeniem). „Gwiazdy” widziane na niebie są oczywiście niewielkimi punktami światła przymocowanymi do sfery niebieskiej tego ułudnego wszechświata. Słońce, czerwona kula rozgrzanej skały, ma zaledwie czterysta kilometrów średnicy, planety zaś, bardzo małe, krążą wokół centralnej sfery. Noc zapada wtedy, gdy Słońce znajduje się po drugiej stronie tego „wszechświata”, a to, czy widoczny jest na nocnym niebie Księżyc i planety, zależy po prostu od ich położenia względem obserwatora i sfery centralnej.

Po dojściu nazistów do władzy, zwolenników doktryny Bendera nie dotknęły represje, jak innych okultystów, i chociaż ich publikacje stały się trudno dostępne, nie spotkał ich los wielu innych prac ezoterycznych – na przykład propagujących teozofię czy magię seksualną Aleistera Crowleya.

Głównym powodem tej względnej nietykalności była bez wątpienia długoletnia przyjaźń pomiędzy Peterem Benderem, głównym rzecznikiem doktryny, a Goeringiem, który nie tylko bronił swojego przyjaciela przed wrogością należących do SS wyznawców lodowej teorii wszechświata, ale nawet wierzył, że może istnieć niewielka szansa, iż owa doktryna jest prawdziwa.

Taki bezstronny i otwarty stosunek Goeringa do tej teorii wydaje się na pierwszy rzut oka dość zaskakujący. Człowiek ów, który zawsze wykazywał skrajny polityczny i gospodarczy realizm (pomijam tu jego odrażającą ideologię), był chyba ostatnią na świecie osobą, która wytknęłaby Peterowi Benderowi – nawet z żartobliwą ironią – jego szczególny rodzaj wariactwa.

W rzeczywistości jednak ten – nieomal poważny – stosunek Goeringa do doktryny pustej Ziemi był całkowicie zgodny z jego psychologiczną strukturą. Podsumował to zresztą celnie Hitler, często wnikliwy i złośliwy obserwator cech charakteru swych bliskich współpracowników *[Pomimo sporadycznych dowodów nieznajomości charakteru jakiegoś człowieka, jak w wypadku Ribbentropa, niedorzecznego i zacietrzewionego ministra spraw zagranicznych, którego nazwał „drugim Bismarckiem”.]. Odpowiadając na zarzuty dotyczące stylu życia Goeringa, podobno powiedział: „To człowiek renesansu, musicie o tym pamiętać.”

Hitler miał rację: Goering, bardziej niż ktokolwiek inny w jego czasach, przypominał książęta i polityków z piętnastego i początków szesnastego wieku. Wspaniałe mundury ze złotymi galonami, często osobliwe, nieznane medale i ordery na jego piersi, cały ten krawiecki splendor (jak jego słynne futro, w którym wyglądał na krzyżówkę gangstera z luksusową dziwką), który na kim innym wydawałby się raczej dowodem skłonności homoseksualnych, u Goeringa wskazywał natomiast na heteroseksualną męskość, iście pawią dumę i rozkoszowanie się w materialną stroną życia. Podobnie renesansowa była autentyczna miłość Goeringa do sztuki, chociaż jego gust był dość tandetny – miał zamiłowanie do wszystkiego, co przeładowane ozdobami i krzykliwe, uwielbiał kamienie szlachetne i swą prywatną armię pierwszorzędnych skoczków spadochronowych z Luftwaffe, dla których wojna ograniczyła się do bezsensownych parad w wiejskiej posiadłości Goeringa.

Tak jak kultura i obycie renesansowych książąt, ich mecenat nad sztuką i miłość do literatury klasycznej nic wykluczały gotowości do przemocy, morderstw i najobrzydliwszych okrucieństw, również artystyczna wrażliwość Goeringa szła w parze z całkowitą bezwzględnością i brakiem miłosierdzia wobec osobistych wrogów i zupełnym brakiem zainteresowania tym, aby choć opóźnić, nie mówiąc już o ukróceniu, prowadzoną przez nazistów eksterminację europejskich Żydów

Większość książąt epoki renesansu nie była pewna swej religijnej przynależności. Odeszli już od bezwzględnego i ślepego katolicyzmu swych średniowiecznych przodków, a filozoficzny poganizm świeżo odkrytych pism hermetycznych późnego okresu klasycznego, choć oddziaływał na nich, nic zdołał jednak okiełznać ich uczuć i emocji. W rozterce często zwracali się ku tej lub innej formie jasnowidztwa czy wróżby; ci sami ludzie, którzy czytywali Platona w oryginale, konsultowali swe decyzje z wróżbitami, czarownicami i wiedźmami. Tę samą niepewność religijną połączoną ze skłonnością do zabobonów nietrudno dostrzec w osobowościach wielu renesansowych artystów. Dlatego Cellini, być może największy rzeźbiarz i złotnik, jakiego kiedykolwiek wydała ludzkość, nie tylko był artystą i żołnierzem. Nieraz padało na niego podejrzenie o herezję, a jak zanotował w Żywocie własnym, zadawał się też z czarnoksiężnikami i brał udział w magicznych obrzędach, których celem było wywoływanie demonów i nadawanie im cielesnej postaci.

Połączenie doświadczenia wojskowego i artystycznej wrażliwości Celliniego z religijnym zagubieniem tak rozpaczliwym, że gotów był nawet eksperymentować z czarami, było odbiciem psychologicznej postawy Goeringa. Uwielbiał sztukę, blichtr i paradność życia wojskowego, ale brakowało mu autentycznej wiary w jakąkolwiek polityczną czy religijną ideę – nawet jego oddanie nazizmowi było raczej sprawą wygody i wyrachowania niż głębokiego przekonania. Choć bez wątpienia żywił głęboką nienawiść do niemieckich lewicowych rewolucjonistów (wpłynęły na to pewne osobiste przeżycia z okresu po zakończeniu wojny), to Żydami – jak się zdaje – raczej pogardzał niż ich nienawidził. Natomiast jego stosunek do obcych, w odróżnieniu od niemieckich komunistów, był dość obojętny, tak że od samego początku miał wiele wątpliwości co do planu zaatakowania Rosji.

Człowiek ten, bez żadnych głębszych filozoficznych przemyśleń i uczuć, był – co wynikało z samej natury jego duchowej pustki niemalże zmuszony bez uprzedzeń ustosunkować się do teorii pustej kuli ziemskiej Petera Bendera.

Pierwszym powodem tolerancji okazanej przez nazistów owej doktrynie była zatem przyjaźń Goeringa z Benderem oraz gotowość tego pierwszego do przyjęcia założenia, że teoria Bendera nic musi być niezgodna z rzeczywistością.

Drugim powodem wyrozumiałości nazistów był fakt, że doktryna pustej Ziemi została zaakceptowana i przyjęta przez wysoko postawione osoby w niemieckiej marynarce wojennej.

Marynarka wojenna – z trzech rodzajów sił zbrojnych Rzeszy – była nastawiona najbardziej nazistowsko. Już w czasach cesarstwa jej oficerowie znani byli ze swej brawury i fanatycznego oddania Niemcom. Pamiętajmy, że to oni stali się bezpośrednią przyczyną niemieckiej rewolucji w 1918 roku, kiedy – dla zachowania honoru – zapragnęli wyprowadzić flotę na otwarte morze i stoczyć z aliantami ostatnią desperacką bitwę.

W 1919 roku, po podpisaniu traktatu wersalskiego, którego postanowienia ograniczały niemiecką flotę wojenną do minimalnych rozmiarów, zwolniono ze służby tysiące marynarzy oraz oficerów i pozostali w niej tylko ci, którzy byli najbardziej nacjonalistycznie nastawieni. W okresie demokratycznej Republiki Weimarskiej, czyli od 1919 roku aż do dojścia do władzy Hitlera, marynarka wojenna była zaniedbywana, finansowo i pod każdym innym względem, co w połączeniu z nacjonalizmem oficerów stworzyło we flocie silne pronazistowskie podłoże *[Fakt, że w marynarce byli też wysocy rangą oficerowie, tacy jak admirał Canaris, nastawieni antynazistowsko nie może oczywiście przesłaniać ogólnej sytuacji.]. Po obaleniu systemu weimarskiego nurt ten ujawnił się, a wzmocniły go pomyślne negocjacje Hitlera prowadzące do angielsko-niemieckiego układu morskiego z 1935 roku. Traktat ów formalnie ograniczał wielkość niemieckiej marynarki do 35 procent sił morskich imperium brytyjskiego. Ponieważ jednak pozwalał Niemcom na zachowanie stuprocentowego parytetu w rozwoju floty podwodnej i milcząco odchodził od ustaleń z Wersalu, które były podstawą stosunków pomiędzy Wielką Brytanią a Niemcami, został z zadowoleniem przyjęty przez korpus oficerski niemieckiej marynarki wojennej.

Prestiż nazistów generalnie, a Hitlera w szczególności wzrósł jeszcze bardziej, kiedy po podpisaniu traktatu natychmiast ogłoszono wprowadzenie programu rozbudowy i przezbrojenia floty. Do wybuchu wojny w 1939 roku weszły już do służby dwa pancerniki, cztery krążowniki, siedemnaście niszczycieli i czterdzieści siedem łodzi podwodnych, ponadto rozpoczęto budowę, a częściowo dozbrajano, kolejne dwa pancerniki, cztery krążowniki, lotniskowiec, pięć niszczycieli i siedem łodzi podwodnych.

Niektórzy z najbardziej entuzjastycznych hitlerowców pośród wysokiej rangi oficerów marynarki wojennej wierzyli w okultystyczne teorie w ogóle, a w teorię Petera Bendera w szczególności – w rezultacie marynarka była bardziej przygotowana zająć się praktycznym zastosowaniem technik okultystycznych niż reszta niemieckich sił zbrojnych. Oficerowie marynarki, którzy byli sympatykami okultyzmu, nie tylko popierali działania Goeringa zapewniające ochronę Benderowi, ale także wierzyli, że jego dziwaczna doktryna pomoże Niemcom wygrać wojnę na morzu. Ich argumenty były następujące:

Jednym z największych problemów dowódców sił morskich jest precyzyjna lokalizacja sił nieprzyjaciela. Od czasów okrętów żaglowych aż do pierwszej wojny światowej wiedza o pozycji i zmianach kursu okrętów przeciwnika była ograniczona do sytuacji, kiedy flota nieprzyjacielska znajdowała się w zasięgu pokładowych przyrządów optycznych. Rozwój lotnictwa, a zwłaszcza lotniczego zwiadu morskiego oraz wynalezienie radaru spowodowało olbrzymi postęp w tej dziedzinie, ale wcale nie zlikwidowało problemu. Samolot bowiem – pomijając już kwestię narażenia samotnych samolotów na działania przeciwnika – zmuszony był patrolować tysiące mil kwadratowych oceanu i z łatwością mógł przeoczyć okręt wroga. Możliwości radaru też były bardzo ograniczone z powodu jego niewielkiego zasięgu. Potrzebna była zatem metoda, która rozszerzyłaby zasięg wykrywalności obiektów przez radar do setek, a nawet tysięcy mil.

Przyjmując, że teoria pustej Ziemi jest zgodna z rzeczywistością, można by to osiągnąć kierując antenę odpowiednio silnego urządzenia radiolokacyjnego nie w kierunku horyzontu ale w górę, w niebo. Fale radiowe dotarłyby wówczas do wewnętrznej powłoki pustej kuli ziemskiej, po czym zostałyby odbite w kierunku swego źródła dając echo, które przetworzone na obraz na lampie elektronopromieniowej, wskazałoby, co dzieje się w tym miejscu wklęsłej powierzchni Ziemi, w które antena została wycelowana.

Należało zatem, kontynuowali swój wywód orędownicy doktryny pustej Ziemi, przeprowadzić serię eksperymentów z morskim radarem. Takie eksperymenty byłyby zarówno powtórzeniem, jak rozwinięciem doświadczeń prowadzonych przez proroka Koresha za pomocą urządzenia zwanego przez niego rektylineatorem. Koresh mianowicie wyznaczał nim linię prostą, równoległą do poziomu morza, prowadzącą od wybrzeży Florydy w ocean, a linia ginęła w wodzie. Miał to być oczywisty dowód, że poziom wody jest dalej wyższy od poziomu lądu stałego, co oznacza, że ziemia jest wklęsła – chyba że urządzenie to nie nie było tak sprawne, jak twierdził jego użytkownik.

Co ciekawe, argumentacja zwolenników teorii pustej Ziemi z niemieckiej marynarki wojennej była tak przekonująca, że udało im się doprowadzić do przeprowadzenia doświadczeń z radarem. W roku 1942, kiedy wysiłek wojenny Niemiec nie pozwalał na marnowanie czasu, energii i materiałów, wysłano nad Bałtyk niemiecką ekspedycję naukową wyposażoną w najlepszy dostępny sprzęt radarowy, celem sprawdzenia, czy w założeniach teorii Petera Bendera kryje się jakaś prawda. Ustawiono stację radarową, a jej antenę wycelowano w niebo pod kątem 45 stopni.

Pełni entuzjazmu zwolennicy teorii pustej Ziemi oczekiwali na sygnał, że fale radiowe zostały odbite w punkcie znajdującym się w odległości jednej ósmej drogi mierzonej wokół wklęsłej powierzchni globu.

Niestety, jak można się spodziewać, takie echo nie zostało odebrane. Pomimo przestrajania radaru i kolejnych desperackich prób pokonania jego „niewłaściwego funkcjonowania”, urządzenie zachowywało się zawsze zgodnie z konwencjonalną wiedzą na temat rozmiarów i kształtu świata.

Kierownictwo partii hitlerowskiej było prawie zawsze bezlitosne wobec tych, którzy zawiedli pokładane w nich zaufanie. Fiasko programu radarowego wyznaczyło granicę hitlerowskiej tolerancji dla doktryny pustej Ziemi. Jej orędownicy zostali zamknięci w obozach koncentracyjnych, pomimo że byli to przeważnie oddani sprawie narodowi socjaliści. Wśród ofiar znalazł się Peter Bender – wpływy Goeringa nie były już wystarczająco duże, by mógł go uratować.

Wielu więźniów umarło w obozach. Ludzie, którzy podjęli próbę połączenia swych nieortodoksyjnych poglądów kosmologicznych z polityczną nieortodoksyjnością narodowego socjalizmu, mieli wiele powodów, by żałować swojej decyzji *[Wystarczająco duża ich liczba przeżyła jednak prześladowania, aby z kolei zapewnić przeżycie samej doktrynie pustej Ziemi. Jeszcze w 1948 roku niejaki Karl E. Neupert wydawał broszury wychwalające geniusz Petera Bendera i jego nauki. Nawet dziś niektórzy z wierzących w latające spodki zapewniają, że obiekty te przybywają z wnętrza Ziemi, dostając się do atmosfery przez otwory w biegunach – innymi słowy, ponownie odgrzewają „dziury Symmesa”.].

Francis King „Szatan i swastyka. Okultyzm w partii nazistowskiej”, 1996 r.

źródło

POPRZEDNIA   GŁÓWNA

 

Comments Off on Wewnętrzna Ziemia 5
%d bloggers like this: