Wewnętrzna Ziemia 3

Załóżmy, że Ziemia jest rzeczywiście pusta. Wygląda wtedy mniej więcej jak tenisowa piłka. Z zewnątrz twarda skorupa (może przyjąć na siebie uderzenia meteorytów) wewnątrz przyjazny ciepły świat. Mamy dwie gigantyczne dziury. Po wejściu do każej z nich, możemy przepłynąć, przelecieć, lub przejść swobodnie do wnętrza bez zauważalnych zmian (podobnie jak mrówka, która wędruje np. po misce lub dużej kuli, nie zauważa krzywizny powierzchni). Otwory na biegunach są tak wielkie, że nie sposób ich zauważyć, chyba że z kosmosu. Zatem np. statek mógłby swobodnie wpłynąć do wnętrza Ziemi nawet o tym nie wiedząc. Biorąc pod uwagę fakt, że atmosfera ziemska ma grubość mniej więcej 50km, wewnątrz Ziemi, od tej wysokości czyli od 50km istnieje próżnia. Mamy zatem kulisty obszar próżni o średnicy aż 10 tysięcy km. Wewnątrz można by więc zawiesić nasz Księżyc (który ma około 3450km średnicy).

Olaf Jansen na podstawie własnych badań oraz opowieści Tybetańczyków uważa, że mamy wewnątrz świat taki jak nasz, a po środku próżni zawieszone jest wewnętrzne słońce, które energie pobiera z nuklearnej fuzji. Słońce to może mieć od 300 do 600 mil średnicy i jest na tyle ogromne, aby dawać dostatecznie dużo światła. To malutkie słońce może chwiać się wokół centrum próżni. Z uwagi na zachodzące procesy nuklearne, generuje ono pole magnetyczne, podobnie jak Słońce w naszym układzie planetarnym. To pole magnetyczne może przenikać poprzez bieguny północy i południowy.

Kompas na statku płynącym po wodach zewnętrznego świata zawsze wskazuje północ [N], w momencie zbliżania się do otworu kompas zacznie wskazywywać „dół”! (wskazówka będzie wyhylała się do dołu), jeżeli fizycznie nie obrócimy kompasa do pozycji pionowej zacznie się on kręcić dookoła (mowi się, że kompas zwariował). W miarę wpływania statku do wewnętrznego świata, w momencie kiedy już będziemy po drugiej stronie, kompas powróci do normalnego stanu. Będzie nadal wskazywał północ [N], podczas gdy tak naprawdę będzie to już południe.

Ruch obrotowy Ziemi, nie jest perfekcyjnie stały, z uwagi na to, że Ziemia przyspiesza i zwalnia w swoim ruchu. Z tego powodu wewnętrzne słońce, może kołysać się (jak pasażer w autobusie). Zapytacie, jak to możliwe, że wewnętrzne słońce znajduje się ciągle w samym centrum kuli ziemskiej i nie spadnie na wewnętrzną powierzchnię. Przecież z uwagi na to, że dygocze w jej wnętrzu co jakiś czas zbliża się do powierzchni wewnętrznej Ziemi bardziej lub mniej. Z tego powodu grawitacja powinna przyciągnąć słońce, a te spadłoby doprowadzając do ogromnej katastrofy. Istnieje teoria tzw. „repulsji światła” (oddziaływania świetlnego) która głosi, że promieniowanie świetlne jest ściśle związane z siłą grawitacyjną. Zatem promieniowanie wewnętrzego słońca oddziaływuje na wewnętrzną powierzchnię.

W przypadku gdyby wyhylone słońce zbliżyło się za bardzo do jednej z powierzchni, siła grawitacji została by zrównoważona przez oddziaływanie świetlne, które w tym miejscu byłoby większe za sprawą mniejszej odległości od słońca do powierzchni. Słońće szybko powróciłoby do dawnej pozycji.

Światło wewnętrznego słońca, przenika przez otwory na biegunach. Od czasu jednak, gdy otwory te są bardzo małe, nie zdarza się to często. W przypadku planety Wenus, w latach 1686 i 1833 astronomowie mogli zaobserwować światło wydostające się przez oba bieguny Wenus. We wszystkich pozostałych przypadkach światło wewnętrznego słońca, nie przenika bezpośrednio, co można obserwować jako powstawanie zorzy polarnej (na każdej z planet układu słonecznego!)

Według najnowszych badań naukowych, istnieją błędy w wyliczeniach związanych z powstawaniem zorz polarnych. Słońce (naszego układu słonecznego) NIE może być przyczyną powstawania zorzy. Problem polega na tym, że Ziemia nie odbiera dostatecznej ilości cząsteczek promieniowania słonecznego w górnych warstwach atmosfery, aby powstała zorza. Dlaczego więc zorze polarne powstają na Ziemi? To prawda powstają.. jednak w sposób naturalny TYLKO i wyłącznie na biegunach, co może wiązać się z promieniowaniem wewnętrznego śłońca. To was nie przekonuje? Dlaczego więc zorze nie powstają gdziekolwiek indziej na świecie, dlaczego nie powstają w miejscach bardziej doświetlonych przez słońce (np. równik). Współczesne wytłumaczenie tego fenomenu opiera się o teorię pól magnetycznych… Wyłącznie).

Co jeśli pole magnetyczne Ziemi, jest wytwarzane wyłącznie przez wewnętrzne słońce? Badania dowodzą, że i owszem, tylko „słońca” wywołują pola magnetyczne, a nigdy normalna materia. Patrząc na takie rewelacje, można dojść do wniosku, że każda planeta posiadająca pole magnetyczne musi posiadać wewnętrzne słońce. Intesujące jest to, że naukowcy odkryli pola magnetyczne na zimnych ciałach niebieskich, które według nich nie
powinny mieć gorącego jądra. skąd zatem to pole??

Centralne słońce, produkuje ciepło. Mamy zatem wiejące przez cały rok wiatry (tzw. Passaty!) od biegunów po równik. Czy zatem nie jest to wymiana cieplna pomiędzy naszym i wewnętrznym światem?

We wczesnych ekspedycjach badawczych, naukowcy obliczyli, że spodziewane temperatury na biegunach są dużo wyższe niż zakładane, jeśli jedynym źródłem światła miałoby być „zewnętrzne” słońce. Obliczenia wykonane prze polskiego naukowca wykazały, że na bieguanch powinno być o 30 stopni zimniej niż jest obecnie.

Gdzie na Ziemi, spodziewacie się znaleźć najwięcej ryb? Wierzcie w to lub nie, ale obszary polarne są bardziej obfite w ryby niż każde inne cieplejsze miejsce na świecie. Czy ryby te pochodzą z wewnętrznego świata? Podobne anomalie obserwuje się w zachowaniach arktycznych zwierząt i ptaków, które to w ucieczce przed zimą kierują się na północ!

Czy wiecie, że kiedy ma miejsce wybuch nuklearny, na niebie pojawia się zorza polarna, która utrzymuje się przez wiele dni? To pozwala na wysnucie dwóch wniosków:

1. zorza polarna może powstawać nie tylko na biegunach
2. nuklearna fuzja może produkować czasteczki tworzące zorzę

Podsumowując wyobraźcie sobie, że…

Komety i meteoryty mogą zniszczyć życie. Nie mogą jednak zaburzyć życia pod płaszczem (skorupą) Ziemi. Uderzenie nawet małych obiektów o wielkości 100 – 150km mogłoby całkowicie zniszczyć życie na Ziemi, a obiekty o takiej powierzchni w kosmosie są niczym, są jak drobina pyłu. W najgorszym przypadku wewnętrzny świat mógłby odczuć małe trzęsienie ziemi.

Weźmy teraz pod uwagę klimat. Tu, żyjemy na powierzchni, zatem zmiana położenia geograficznego, wiaże się ze zmianą temperatury i klimatu. Trochę w górę i już jest zimniej, im bliżej równika, tym cieplej itp. Mamy również dzień i noc. Jednak w wewnętrznym świecie, wszystkie punkty są równo oddalone od wewnętrznego słońca, zatem cały świat posiada idealny tropikalny klimat i zawsze świeci słońce. Czy takie rozwiązanie nie jest bardziej sensowne i czy bardziej nie sprzyja rozwojowi życia?

Pomyślmy jeszcze o takiej idei…
Planety…
Czy planety nie są po to aby podtrzymywać życie? Czy nie jest sensowne, że na każdej z nich istnieje życie, tyle że pod powierzchnią gdzie panują jednakowe dla każdej, idealne warunki? Po co miliony planet, skoro teoretycznie tylko na ułamku z nich mogłoby powstać życie (przecież fakt, że życie istnieje na Ziemi po jej zewnętrznej stronie jest czymś niezwykłym, na co wpływ ma ogromna liczba czynników).

Co jeśli Ziemia jest jedyną lub bardzo nieliczną wśród planet, dlatego że posiada życie na zewnątrz? Czy zaintesowanie innych ras nami nie jest spowodowane właśnie takim fenomenem?

Być może właśnie my mamy odwrócony punkt widzenia (z uwagi, że żyjemy na zewnątrz) niż przewidują kosmiczne normy. Z tego powodu szukamy życia w kosmosie patrząc na zewnętrzne powierzchnie innych światów, widzimy tylko kamienne pustynie i wmawiamy sobie, że jesteśmy wyjątkowi, jedyni we wszechświecie, tym czasem we wnętrzach planet może tętnić życie… może za pare lat okaże się, że nasz układ jest tak bogaty w inteligencję, a my byliśmy tak ślepi.

inspiracje: [http://www.v-j-enterprises.com]
tlumaczenie i wnioski: Eurycide

——————————————————–

Podróż do wnętrza Ziemi

ThumbHipoteza, że Ziemia jest w środku pusta, należy do najbardziej szokujących. Jej korzenie sięgają zamierzchłych czasów – w mitologii wielu kultur wspomina się o bogach wychodzących z podziemi, o pierwszych ludziach, którzy żyli w cudownej krainie wewnątrz planety. Jest tam podobno małe słońce, dające światło i ciepło, są rośliny, zwierzęta. Wszystko jak u nas. Brzmi to wręcz nieprawdopodobnie: gwiazda wewnątrz planety? Przecież to zaprzecza współczesnej wiedzy naukowej, a nawet zdrowemu rozsądkowi. Taki świat może istnieć jedynie na kartach powieści – i rzeczywiście, Jules Verne opisał go w swojej „Podróży do wnętrza Ziemi”. Lecz w archiwach badaczy teorii niezwykłych znajdują się relacje, których autorzy zarzekają się, że to czysta prawda…

Przedziwna podróż Olafa Jansena

3 kwietnia 1829 roku Olaf Jansen, 19-letni rybak, razem ze swoim ojcem popłynął na kutrze na południe, przez cieśninę Hinlopen w stronę Ziemi Franciszka Józefa. Płynąc do West Coast, znaleźli się w jakiejś przepięknej i, o dziwo, nieoblodzonej zatoczce. Jej brzegi pokrywała bujna roślinność. Za zatoczką otwierało się morze, którego według map nie powinno tam być. Pożeglowali w tę stronę, a wtedy wciągnął ich wir. „Coś wciągnęło nas w głębiny” – zanotował szyper w dzienniku pokładowym. Po trzech godzinach znaleźli się niespodziewanie na spokojnych, acz nieznanych wodach. „Promienie słońca padały ukośnie” – opowiadał potem Olaf – „jakbyśmy znajdowali się gdzieś na półkuli południowej, a nie tak daleko na północy”. Słońce obracało się, kołysząc jednocześnie, i unosiło się coraz wyżej i wyżej. Najdziwniejsze było to, że woda w morzu otaczającym kuter rybaków była słodka. Kompas pokładowy informował, że dzieje się coś dziwnego. Wciąż pokazywał, że północ jest przed nimi, a przecież według trasy zaznaczonej na mapie, minęli biegun północny i teraz płynęli na południe!

„Słońce świeciło białym światłem” – czytamy w dzienniku pokładowym – „jak gdyby spoza dalekiej ławicy chmur naprzeciwko nas. Świeciło jak dwa księżyce w pełni w całkowicie bezchmurną noc. Po 12 godzinach ta biała chmura znikła z oczu, jakby zasłoniło ją jakieś ciało i następne 12 godzin odpowiadało naszej nocy…” Wtedy właśnie Olaf i jego ojciec uznali, że przepłynęli przez zakrzywienie lub skraj otworu w Ziemi i znajdują się wewnątrz ziemskiej skorupy. Ta niezwykła odyseja trwała „sto, a może więcej dni, których nie da się opisać”. W dzienniku okrętowym zanotowali, że wraz z upływem czasu zmieniał się klimat i stawało się coraz cieplej. Spodziewali się więc, że wkrótce zostaną pochwyceni przez wir otworu przy biegunie południowym – i tak się stało. Znaleźli się wśród ławicy kry. Kompas nadal zachowywał się dziwacznie i chwiał się jak pijany.

Opisu tej podróży nikt nie mógł potwierdzić. Kuter zderzył się z górą lodową, obaj żeglarze wypadli za burtę. Ojciec Olafa utonął, a rozbity statek zniknął w lodowatej otchłani. Olafa znaleźli wielorybnicy ze statku „Arlington”. Kapitan Angus MacPherson nie uwierzył w opowieść rybaka. Tak samo zresztą jak jego wuj, który zamknął chłopca na 28 lat w szpitalu psychiatrycznym. Ale nawet po 30 latach Jansen trwał przy swej wersji wydarzeń.

Wymysły czy prawdziwe opowieści?

Latem 1991 roku duński uczony i podróżnik Edmund Bork wyruszył na poszukiwanie otworu na biegunie północnym. Dzięki zdjęciu zrobionemu przez satelitę ESSA-7 znalazł on podobno szczelinę szeroką na 2252,6 kilometra. Bork całkiem poważnie stwierdził, że prowadzi ona do znajdującego się wewnątrz Ziemi raju, który ma własne słońce, płytkie, ciepłe morze i tropikalną roślinność. Opowiadał też, że raj ten zamieszkuje „bardzo cywilizacyjnie rozwinięta i pokojowo nastawiona ludzka rasa”, a dziury nie widać z powodu grubej powłoki chmur nad biegunem północnym. Mówił, że mieszkańcy Pustej Ziemi zasłaniają ponadto ów otwór elektronicznymi „kurtynami świetlnymi”, które dają złudzenie wielkich, zaśnieżonych pól lodowych. Relację z tej podróży zamieścił „National Enquirer”, amerykański brukowiec, z lubością drukujący wymyślone bzdury w rodzaju „Złota rybka zjadła słonia”. Jeśli Bork naprawdę widział to, o czym opowiadał, to gdzie są zdjęcia, filmy, dowody? I czemu opublikował tak sensacyjne sprawozdanie w gazecie, jakiej nikt nie wierzy oprócz ludzi, których naiwność nie ma sobie równej w całym wszechświecie? Przecież w ten sposób zamknął sobie drogę na łamy poważniejszych pism!

Mamuty i góry z diamentów

Jednak zdjęcia z krainy wewnątrz Ziemi podobno istniały i zostały pokazane w amerykańskich kinach w kronice filmowej przed właściwym seansem. Było to w roku 1929. Nie można odnaleźć kopii filmu, jednak pewien badacz, Lloyd Grenlie, zdobył oświadczenia ludzi, którzy ją widzieli. Kronika opisywała podróż pilota R.E. Byrda na biegun południowy i pokazywała zdjęcia znajdującej się tam krainy z drzewami, wielkimi zwierzętami wyglądającymi jak mamuty i górami błyszczącymi tak, jakby były z diamentów.

Richard Evelyn Byrd był bardzo znanym amerykańskim badaczem i podróżnikiem. Dwukrotnie, w 1926 i w 1929 roku, przeleciał samolotem nad biegunem południowym i za każdym razem – jak utrzymują zwolennicy teorii Pustej Ziemi – wleciał do środka. Sam Byrd, który dochrapał się w wojsku amerykańskim stopnia admirała i po II wojnie światowej wykonywał dla rządu tajne zadania na Antarktydzie, nigdy tego oficjalnie nie potwierdził. Autorzy książek udowadniających prawdziwość teorii Pustej Ziemi powołują się na jego zapiski, w których rozwodzi się nad pięknem tej krainy. Jednak nigdy nie udowodniono, że są one autentyczne. Faktem jest, że kiedy Byrd mówił o Antarktydzie i swoich lotach, jego słowa zawsze brzmiały tajemniczo, jakby coś wiedział, ale nie mógł o tym opowiadać. Czy jednak miało to coś wspólnego z Pustą Ziemią czy bardziej z jakimiś tajnymi projektami rządowymi, nie wiadomo.

Czy wewnątrz Ziemi jest inny świat, inna cywilizacja, która, jak wielu sądzi, wysyła na powierzchnię latające spodki? Nie nam o tym sądzić. Ponieważ nie ma, jak na razie, niezbitych dowodów, a przynajmniej my ich nie znamy (jak zwykle w tego rodzaju tajemniczych sprawach oskarża się rządy o ukrywanie prawdy) – musimy się kierować własną oceną znanych faktów. Trzeba jednak przyznać, że sam pomysł jest fascynujący…

O tym, jak bardzo zwolennicy teorii Pustej Ziemi – a właściwie pustych ciał niebieskich – są przywiązani do swej idei, świadczy poniższy przykład. W 1952 roku Godfied Bueren, prawnik, zaofiarował 25 tys. marek każdemu, kto obali jego teorię Pustego Słońca. Według niego, rozpalona skorupa gwiazdy otacza chłodniejszą sferę. W środku Słońca znajduje się ciemne jądro pokryte… roślinnością. To ciemne jądro można dostrzec czasami przez rozdarcia płomiennej sfery (to są owe słynne ciemne plamy na Słońcu!). Niemieckie Towarzystwo Astronomiczne starannie obaliło tę tezę punkt po punkcie, a gdy Bueren odmówił zapłacenia nagrody, pozwało go do sądu. I tu następuje komentarz Marshalla B. Gardnera: „Choć wydaje się to nie do wiary, sąd wydał wyrok na korzyść astronomów. Rozkazano Buerenowi zapłacić całą sumę”. Napisał to w swojej książce z 1957 roku pt. „Pseudonauka i pseudouczeni”. Dziś wiemy, że w głębi Słońca na pewno nie może nic rosnąć. A mimo to wielu ludzi nadal wierzy, że dziwne punktowe światełka ukazujące się na powierzchni naszej gwiazdy to… światła miast słonecznej cywilizacji!

Co widać na zdjęciach satelitarnych

Przeciwnicy teorii Pustej Ziemi zwracają uwagę na fakt, że przecież wyprawy docierające na bieguny żadnych dziur nie zauważyły, tak jak i piloci przelatujących w pobliżu samolotów (nad samym biegunem samoloty nie latają ze względu na zły wpływ pola magnetycznego na przyrządy). I dlaczego nie widać dziur nawet na zdjęciach satelitarnych?

Otóż istnieje zdjęcie, przedstawiane w książkach promujących ideę Pustej Ziemi (np. w „Tajemnicy Pustej Ziemi” autorstwa Aleca MacLellana, wyd. Amber 2000) jako zrobione w 1972 roku przez astronautów z Apollo-12 podczas okrążania Ziemi. (fot. 2)Twierdzi się, że jest jednym z dwóch koronnych dowodów na istnienie wejścia do środka Ziemi na biegunie północnym. Problem w tym, że jest to zdjęcie wulkanu Olympus Mons na… Marsie! Fotografia ta była publikowana wielokrotnie w różnych książkach o astronomii – np. „Wszechświat”” Colina Ronana (wyd. Świat Książki 1996).

W 1970 roku gazeta „Flying Saucers” opublikowała wygrzebane przez waszyngtońskiego korespondenta w archiwach NASA zdjęcie zrobione w 1968 roku przez satelitę ESSA-7. (fot. 1) Jego autentyczność została potwierdzona przez pracowników Environmental Science Service. Le Poer Trench, ósmy earl Clancarty, przewodniczący międzypartyjnej komisji badającej problem UFO w angielskiej Izbie Lordów, tak je skomentował: „Jest to jedno z najbardziej podniecających i godnych uwagi zdjęć, jakie kiedykolwiek zrobiono, wyraźnie ukazujące na biegunie północnym wejście, którego ludzkość szukała od niepamiętnych czasów”.

Fachowcy z NASA twierdzą, że szokujące dla laików zdjęcie dla nich jest całkiem zrozumiałe: to fotografia złożona z kilku zdjęć zrobionych w przeciągu 24 godzin, więc cały obszar jest widzialny w świetle dnia. Natomiast czarna dziura na szczycie to część kręgu arktycznego, który w czasie zimy nie jest oświetlony przez Słońce.

Jednak ani wyjaśnienia fachowców od fotografii, ani wyniki najnowszych badań geologicznych stwierdzających, że Ziemia nie jest pusta, nie przekonują tych, którzy chcą, by wewnątrz Ziemi istniał świat podobny do naszego. Twierdzą, że to rządy uciszają tych, którzy mogą coś powiedzieć, gdyż nie chcą, by prawda wyszła na jaw. A dowody naukowe? No cóż, naukowcy już tyle razy się mylili…

Kosmos jest pełen dziurawych planet

Jak badacze Pustej Ziemi tłumaczą powstanie słońca wewnątrz naszej planety? Otóż z najnowszych badań astronomicznych wynika, że w samym środku mgławic (z których kiedyś powstaną nowe gwiazdy i planety), znajduje się pusta przestrzeń z małą rozżarzoną kulą pośrodku. Dzieje się tak za sprawą siły odśrodkowej tworzonej przez wirującą materię. Kulka ognia to fragment materii z samego centrum, nie poddająca się sile odśrodkowej.

To właśnie ma być dowód, że istnienie słońca wewnątrz pustej planety jest nie tylko możliwe, ale nawet jest normą! W 1970 roku dwoje rosyjskich uczonych, Michaił i Aleksandra Szczerbakowie z Radzieckiej Akademii Nauk stwierdzili, że Księżyc też jest pusty, tak jak i inne planety naszego Układu. W ich wnętrzach, oświetlonych małymi słońcami, rozkwitają cywilizacje. Fakt, starożytni Sumerowie ze szczegółami opisywali cywilizację żyjącą wewnątrz Saturna. Jej przedstawiciele przybywali na Ziemię jako bogowie…

Wizje i objawienia

Teoria Pustej Ziemi fascynowała umysły wielu wielkich ludzi. Pierwszy wspomniał o niej Platon. Potem, w XVII wieku, słynny astronom Edmund Halley uznał, że Ziemia zbudowana jest z czterech sfer. Wnętrze planety wypełnia świecąca atmosfera, dzięki której jest tam możliwe życie. Sądził, że zorze polarne nad biegunami są wynikiem wydostawania się tego świecącego gazu przez dziury wiodące do podziemnego świata. Dziś niektorzy są przekonani, że zorze są odbiciem blasku wewnętrznego słońca, wydostającym się przez wejścia do wnętrza planety.

O słońcu istniejącym wewnątrz Ziemi jako pierwszy napisał Leonard Euler (XVIII w.), genialny szwajcarski matematyk. Cztery sfery Halleya zastąpił jedną, a luminescencyjną atmosferę słońcem o średnicy 1,5 tysiąca km.

Marshall B. Gardner, jeden z czołowych „pustoziemców”, twierdzi też, że wejścia do podziemnego świata znajdują się dokładnie tam, gdzie – jak sądzą naukowcy – są bieguny. Dziury te podobno są wielkie na wiele mil. Trudno na nie natrafić, gdyż kompasy w tym rejonie kompletnie wariują… Im bliżej współczesności, tym teoria istnienia wewnątrz Ziemi wysoko rozwiniętej cywilizacji zapładnia coraz bardziej szalone umysły. Niektórzy ludzie twierdzą, że byli porywani przez mieszkańców wewnętrznego świata. Znana ezoteryczka, Diane Robbins, głosi, że otrzymała telepatyczną wiadomość z podziemnego miasta Telos, znajdującego się ponoć pod górą Shasta w północnej Kalifornii.

——————————————–

POPRZEDNIA   GŁÓWNA   NASTĘPNA

Comments Off on Wewnętrzna Ziemia 3
%d bloggers like this: