Ernest Muldaszew i Tajemnice Himalajów 2

TAJEMNICA HIMALAJÓW
Autor: Jan van Helsing

Zajmiemy się tu fascynującymi odkryciami rosyjskiego okulisty, prof. dra medycyny Ernesta Muldaszewa, opisanymi w książce Das dritte Ange-Spektakulare Erkentnisse zur Herkunft unserer Ziwlisation (Trzecie oko-spektakularny przyczynek do pochodzenia naszej cywilizacji).

Prof. Muldaszew jest praktykującym lekarzem, jednym z największych rosyjskich autorytetów w swojej dziedzinie. Odwiedził ponad 40 krajów, wykonuje co roku 300-400 skomplikowanych operacji oczu. Można więc śmiało powiedzieć, że jest człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Ernest Muldaszew natknął się przed kilku laty na ciekawe zjawisko. Okazało się, że cornea-a więc rogówka oka o kształcie klepsydry-u wszystkich ludzi na kuli ziemskiej ma taką samą wielkość. Niezależnie, czy chodzi o niemal dwumetrowego mężczyznę, czy o dziecko-jest to jedyny organ o dokładnie tych samych wymiarach. Badania Muldaszewa na ponad tysiącu pacjentów wykazały, że cornea rośnie tylko do czwartego roku życia, a potem nie zmienia już wielkości.

Zainteresowania profesora sięgają jednak dalej. Poszukiwał mianowicie możliwości diagnozowania chorób-zarówno somatycznych, jak i psychicznych-na podstawie wyglądu części wokółocznej twarzy. Przebadał w tym celu 1500 osób, fotografując wraz z zespołem okolice oczu, w nadziei na odnalezienie na fotografiach pewnych zależności o charakterze geometrycznym.

Dzięki wsparciu programu komputerowego, wyświetlającego na ekranie zdjęcia oczu i analizującego ich geometrię, udało się osiągnąć przełomowy wynik. Zespół Muldaszewa stworzył procedurę, która-opierając się na stałych rozmiarach rogówki-tylko na podstawie wyglądu okolic oczu pozwala nie dość, że diagnozować psychiczny i fizyczny stan danej osoby, ale także zrekonstruować wygląd całej głowy — a więc formę i wielkość czaszki.

Na podstawie materiału zebranego od 1500 zbadanych osób udoskonaliliśmy te metodę. Nie osiągnęliśmy wszakże zbyt dużej dokładności, ponieważ odkryliśmy łącznie 22 cechy geometryczne, natomiast obydwa czworokąty przedstawiają tylko dwie z nich Ponieważ indywidualne parametry geometrii oka powiązane są z charakterystyką geometryczną rysów twarzy, a nawet niektórych innych części ciała, możliwe jest odtworzenie zewnętrznego wyglądu człowieka na podstawie układu oczu.

Średnica rogówki jest jedyną stałą wielkością ludzkiego ciała, będąc jednocześnie punktem odniesienia dla wszystkich wymiarów w geometrycznym wykresie układu wzrokowego.

Można wyobrazić sobie liczne możliwości praktycznego wykorzystania geometrii oka:

identyfikowanie osób,
rekonstrukcja wyglądu zewnętrznego człowieka,
określanie charakterystyki mentalnej,
obiektywna analiza uczuć i doznań psychicznych,
diagnoza schorzeń psychicznych i somatycznych,
określanie narodowości,
studia nad pochodzeniem ludzkości.
Opierając się na takich podstawach, Muldaszew wraz z zespołem poszukiwali dalej. Udało im się ustalić narodowość względnie rasę osób, których oczy sfotografowali. W swojej książce profesor opisał szczegółowo, w jaki sposób studiował i analizował różne rasy ludzkie, aby-posługując się odkryciami z zakresu geometrii oka-wyjaśnić pochodzenie ludzkości.

Doktor Muldaszew i jego pracownicy przebadali wszystkie 35 znanych ras (wg klasyfikacji A. Jarcho) i doszli do następujących wniosków: Nasze prace, dotyczące geometrii oka wykazały ostatecznie-obok kilku innych hipotez-że ludzkość rozwinęła się ze wspólnego pnia, z genów praprzodków. Źródła należy poszukiwać w Tybecie.

Muldaszew powziął więc w wyniku swoich badań przekonanie, że korzenie ludzkości znajdują się w Tybecie. Bazując na tej teorii skoncentrował uwagę na obszarze Himalajów, gdzie dokonał kolejnego zdumiewającego odkrycia. Jeden z przyjaciół okulisty pokazał mu wykonane przez siebie zdjęcie pary oczu, których rysunek przedstawiony jest-jako tzw. wizytówka-na każdej tybetańskiej świątyni.

Jeszcze tego samego dnia Muldaszew rozpoczął analizę wizerunku. Wprowadził go do swojego komputera, zbadał pod kątem opracowanych wcześniej parametrów i stworzył następującą rekonstrukcję głowy.

Doktor Muldaszew w następujący sposób opisał wyniki pierwszej analizy:
Od razu rzuca się w oczy brak nasady nosa, zawsze obecnej na zdjęciach „normalnych” par oczu. O czym może świadczyć, ten brak? Wiadomo, ze u współczesnego człowieka nasada nosa wsiania wewnętrzną cześć pola widzenia. Zewnętrzny kąt widzenia wynosi 80 do 90 stopni, ale wewnętrzny tylko 35 do 45 stopni. Dlatego człowiek dysponuje zdolnością widzenia stereoskopowego (za pomocą obu oczu jednocześnie, dzięki czemu jest w stanie ocenić trzy wymiary obiektu i odległość od niego) we wszystkich kierunkach tylko w zakresie 35-45 stopni, a nie 80-90 stopni. Ta niedoskonałość przy świetle dziennym w niczym nie przeszkadza, przy sztucznym świetle nabiera nieco znaczenia, ale dopiero przy oświetleniu o barwie czerwonej naprawdę daje się we znaki, bowiem utrudnia orientacje w przestrzeni. Gdyby nie istniała przeszkoda w postaci nasady nosa, ludzie widzieliby obuocznie, w obrębie 80-90 stopni, we wszystkich kierunkach, co ułatwiałoby orientacja w przestrzeni oświetlonej czerwonym światłem.

Muldaszew postawił więc sobie pytanie, czy posiadacz tej niezwykłej pary oczu żył w środowisku, w którym był wystawiony na działanie czerwonego światła? Studiował stare księgi i odnalazł u Nostradamusa wzmiankę, że mieszkańcy legendarnego lądu-Atlantydy-żyli w środowisku o czerwonej barwie: czerwone było tam niebo, drzewa miały kolor nasyconej czerwieni itd. Nostradamus wyjaśniał to zjawisko w swoich pismach tzw. przeskokiem bieguna Ziemi, na skutek którego doszło do przesunięcia osi planety i do zmiany barwy nieba. Wszystko zdawało się więc wskazywać, że malowidła na ścianach tybetańskich świątyń przedstawiają parę oczu istoty należącej do wymarłej cywilizacji-oczy Atlanta!

Dr Muldaszew pisze dalej:

Po drugie – uwagę przyciąga niezwykły ksztah górnej powieki wizerunków ze świątyń. Podczas gdy (…) powieki współczesnych ludzi mają formę wyraźnego luku, na powiekach z malowideł widać pośrodku uwypuklenie, centralnie nad źrenicą.

O czym może to świadczyć? Przede wszystkim o tym, ze szczelina pomiędzy powiekami nie była całkowicie zamykana, ponieważ nie pozwalała na to wypukłość górnej powieki.

W tym wypadku oczy zachowywały zdolność widzenia poprzez boczne obszary. Jako że brak nasady nosa pozwalał na postrzeganie stereoskopowe w całym zakresie pola widzenia, posiadacz tak niezwykle zbudowanego narządu wzroku mógł widzieć nawet przy zamkniętych oczach.

Jeszcze jedna cecha zagadkowej pary oczu wprawiła okulistę w osłupienie: Wygięte na dół i do wewnątrz kąciki oczu. Taka budowa powoduje wzmożone wydzielanie łez, co jest konieczne do utrzymania odpowiedniej wilgotności mimo szybszego wysychania przy niedomkniętej powiece.

Czym wyjaśnić niepełne zamykanie oczu i powiązane z tym stałe zachowanie orientacji wzrokowej? Doktor Muldaszew znalazł jedno tylko rozwiązanie tej zagadki: konieczność ochrony wrażliwej rogówki przy szybkim pływaniu pod wodą! U Nostradamusa naukowiec przeczytał na temat Atlantów, że potrafili oni długo przebywać pod wodą, zakładali nawet i uprawiali podwodne plantacje. Profesor tak oto wyjaśnia swoje dalsze przemyślenia:

Po trzecie, na wizerunkach z tybetańskich świątyń w miejscu nosa widnieje spiralny otwór. Cóż to takiego? Jeżeli Alianci rzeczywiście żyli częściowo pod woda, otwór ten mógł spełniać role wentyla oddechowego. Podobne otwory, służące do oddychania, występują u ssaków morskich (np. delfinów, wielorybów) i w odróżnieniu od zwykłego nosa skutecznie zapobiegają dostawaniu się wody do dróg oddechowych przy zanurzeniu pod powierzchnią.

Po czwarte: na świątynnych malowidłach, pośrodku nad oczami widoczne jest znamię o kształcie kropli, mniej więcej w tym miejscu, gdzie hinduskie kobiety robią na czole tradycyjną kropkę. Znamię to przedstawia prawdopodobnie hipotetyczne „trzecie oko”.

Wiadomym jest (potwierdzają to badania embriologiczne), że niegdyś, w zamierzchłych czasach, u ludzi, występowało trzecie oko. Homo sapiens posiada już tylko szczątkowy jego ślad w postaci gruczołu szyszynki, ukrytego głęboko we wnętrzu mózgu. Przyjmuje się na ogół, iż trzecie oko było organem bioenergetycznym (umożliwiającym telepatie itp.) i źródłem „nadprzyrodzonych” (dla dzisiejszego człowieka) umiejętności: zdalnego transferu myśli, wpływania na grawitacje, leczenia chorób itd.

Powstaje jednak pytanie: jeżeli na ścianach świątyń rzeczywiście przedstawiono oczy Aliantów, dlaczego znajdujemy je właśnie w Tybecie? Ernest Muldaszew i jego asystenci znaleźli wytłumaczenie tego faktu. Szczegółowy opis zawarty w jego obszernej książce postaram się streścić na kilku stronach. Naukowcy zabrali ze sobą wizerunek zrekonstruowanej głowy i wyruszyli na ekspedycję w Himalaje, zaczynając od Indii, przez Nepal, aż do Tybetu. Spotykali przedstawicieli różnych klasztorów i przeżywali jedną niespodziankę za drugą. Wszyscy, którym pokazywano komputerową symulację, nie okazywali wcale zdziwienia czy niedowierzania, lecz zdawali się od razu wiedzieć, o co chodzi. Na przykład hinduski mnich, swamin Daram zapytał od razu: Czy znaleźliście jego ciało w górach? Albo w morzu? Dr Muldaszew wyjaśniał zawsze-również innym „wtajemniczonym”-że stworzył ten obraz na podstawie parametrów geometrycznych oczu namalowanych na świątynnych ścianach.

Krótko mówiąc, wszyscy mędrcy, których odwiedziła ekspedycja, wiedzieli najwyraźniej, kim jest istota z ilustracji, ale żaden nie chciał udzielić konkretnych informacji. Wszystko, co udało się ustalić profesorowi podczas tej i innych podróży, można podsumować następująco:

Wygląd stworzenia nie został zrekonstruowany bezbłędnie. Jest to istota nie należąca do naszej cywilizacji, lecz jednej z poprzednich. Zanim na Ziemi wydarzył się kataklizm, znany-chociażby z Biblii-jako potop, istniały już wysoko rozwinięte kultury-Aliantów, przed nimi Lemurian, a wcześniej jeszcze inne. Atlanci, Lemurianie, a także nieliczni ludzie posiadają (względnie posiadali) zdolność przechodzenia w stan świadomości zwany samadhi, który polega na wyhamowaniu do zera procesów życiowych w organizmie i konserwowaniu w ten sposób ciała. Można to porównać do snu zimowego u zwierząt.

Według pewnego hinduskiego swamina umożliwia to medytacja tak efektywna, że doprowadza do połączenia biopola człowieka z wodą w organizmie, co powoduje z kolei, że woda zaczyna oddziaływać na organizm. Samadhi jest więc najwyższą formą medytacji.

Gdy ciało przejdzie w stan samadhi, może pozostać bez zmian, niejako zakonserwowane i niezagrożone śmiercią, nie tylko przez lata, ale nawet przez tysiąclecia, jak twierdzą mędrcy z Himalajów. W tym stanie dusza znajduje się poza ciałem, jest z nim jednak połączona tzw. srebrnym sznurem. Ten sznur, mieniącą się srebrzyście wstęgę energii, porównać można do pępowiny albo do kabla elektrycznego łączącego dwa wymiary. Gdy człowiek umiera, jego srebrny sznur odłącza się od doczesnej powłoki, przerywając dopływ energii życiowej. O ile przecięcie pępowiny oznacza przyjście na świat, tak odłączenie srebrnego sznura równoznaczne jest z narodzinami na tamtym świecie.

W stanie samadhi połączenie srebrnym sznurem utrzymuje się dowolnie długo. Można to osiągnąć w temperaturze +4° C, panującej zwykle w jaskiniach i pod powierzchnią wody. Gdy dusza powraca do ciała, medytujący budzi się z samadhi i powraca do „normalnego” życia. Lekarz badający osobę przebywającą w samadhi-takie badanie przeprowadzono np. u Sri Ramakrishny-stwierdzi fizyczną śmierć: brak pulsu, brak wskazań EKG i EEG. Temperatura spada, a ciało nieruchomieje i kamienieje, jest niezwykle twarde i zimne. „Stan skamieniało-nieruchomy”-to pojęcie powszechnie stosowane przez uczonych studiujących samadhi.

Doktor Muldaszew przekonany jest, że odkrył wielką tajemnicę Himalajów, a mianowicie tę, że w jaskiniach rozsianych w całym paśmie gór znajdują się istoty w stanie samadhi, przebywające tam nawet od wielu tysiącleci i tworzące tzw. zasób genetyczny ludzkości. Gdyby więc kiedykolwiek-tak jak w przypadku Atlantydy-doszło do całkowitego zniszczenia powierzchni Ziemi i wyginięcia rodzaju ludzkiego-istoty te mogą przebudzić się w dowolnym momencie, dysponując nie tylko pełnią wiedzy zebranej przez tysiąclecia, ale także przypisywanymi im zdolnościami nadprzyrodzonymi: telepatią, teleportacją itd.

Istoty kryjące się w jaskiniach są więc depozytariuszami prastarej mądrości. Bardzo niewielu ludzi, ewentualnie rodzin, ma dostęp do tych jaskiń i od pokoleń opiekuje się ich mieszkańcami, zyskując dzięki temu rzadką okazję do zadania im pytań. Do jaskiń można bowiem wejść tylko za przyzwoleniem istot. Bardzo trudno znaleźć nawet wejścia do tych podziemnych grot, tak dobrze ukryte są przed ludzkimi spojrzeniami. Pod ziemią działają zaś niezwykłe, niezbadane, a dla człowieka śmiertelne siły, które chronią medytujących przed intruzami. Kto odnalazłby mimo wszystko wejście i dostał się do środka, poczuje się coraz gorzej, aż w końcu dozna zapaści. Jeśli śmiałek nie zawróci, postrada życie.

Kroniki wspominają o rzadkich przypadkach, kiedy ludziom w pilnej potrzebie zezwalano na wstęp do jaskiń. Jedna z legend głosi:

Gdy w XI wieku w Indiach zapanowała długotrwała susza, pewien hinduski książę zdecydował się odwiedzie świętą jaskinie, w której zamieszkiwał starożytny mędrzec, aby poprosić go o pomoc. W grocie czyhało wiele niebezpieczeństw, jak choćby węże, zarówno prawdziwe, jak i mistyczne. Trudno było oddychać, na ciało i ducha śmiałka oddziaływały nieznane moce. W stanie medytacji książę zdołał porozumieć się z duchem mędrca. Gdy ten przekonał się, że książę działa w dobrych zamiarach, chce pomóc ludziom, pozwolił mu wejść. Jaskinia była bardzo duża, składała się z dwunastu komnat.

W jednej z komnat książę odnalazł mędrca znajdującego się w stanie samadhi. Jego dusza unosiła się obok. Ciało miał wysuszone, ale żył. Człowiek ten przebywał pod ziemią już od 1600000 lat. Uchylił nieco powiek. Hinduski książę zaczął mówić do niego w sanskrycie, prosząc o pomoc. Mędrzec dat znać oczami, że go rozumie i wskazał na przedmiot wiszący na ścianie-mistyczny pierścień. Władca wziął pierścień i ruszył ku wyjściu. Po drodze widział jeszcze jednego człowieka w stanie samadhi, księcia sikhów, który rozpoczął medytacje w V wieku, a w XVII wieku-jak donoszą kroniki-powrócił do normalnego życia. Przy wyjściu z groty na księcia czekało osiem wężów. Jeden z nich skropił swoją krwią mistyczny pierścień. Krople krwi uniosły się ku niebu i wkrótce zaczęło padać. Do tej samej jaskini udał się w 1637 roku niejaki Devendra Lowndel, który do dziś przebywa tam w stanie samadhi. Potem nikt już nie wchodził do jaskini.

Pewien lama, z którym Muldaszew rozmawiał o tych sprawach, wyjawił jeszcze więcej: W północnej części Tybetu jest jaskinia, w której od wielu stuleci zamieszkuje-w stanie samadhi-człowiek o imieniu Moze Sal Dzyang. Okoliczni duchowni regularnie go widują. Nie są to zadni niezwykli ludzie, po prostu normalni mnisi. Aby wejść do groty nie potrzeba niczyjego pozwolenia, wejście nie jest niebezpieczne. Trzeba tylko mieć uczciwe zamiary, nie wolno tez fotografować ani rozmawiać-to byłoby świętokradztwo.

Na końcu swej opowieści lama dodał, że za względu na chińską okupację Tybetu podróżowanie w te rejony byłoby bardzo niebezpieczne. W tym miejscu nasuwa się pytanie, dlaczego Chińczycy w ogóle tak bardzo zainteresowali się Tybetem? Może ze względu na wiele kryjących się tam tajemnic? Kiedy armia chińska zajęła Tybet, wielu tamtejszych duchownych zmuszono torturami do zeznań i wyjawienia lokalizacji świętych jaskiń. Najeźdźcy odnaleźli i przeszukali zatem wiele z nich, tropiąc zarówno ludzi medytujących w samadhi, jak i łamów, szukających tam schronienia.

Wspomniany już wcześniej lama, rozmówca doktora Muldaszewa, opowiedział mu o następującym zdarzeniu. Pewien mnich przeniósł się w 1960 roku w stan samadhi i pozostawał w nim-przebywając w jednej z jaskiń-do 1964 roku. Siostrzeniec lamy wraz z przyjaciółmi kilkakrotnie odwiedzał medytującego i donosił, że mężczyzna ów siedzi w pozycji Buddy, nieruchomy i skamieniały. Odnaleźli go tam chińscy komuniści i umieścili w więzieniu. Tam stężenie ciała mnicha stopniowo ustąpiło, powrócił do życia. Od 1964 do 1987 roku przebywał w więzieniu o zaostrzonym rygorze, a następnie został zwolniony. Niestety, nie wiadomo nic o jego dalszych losach.

Nasuwa się oczywiście pytanie, w jaki sposób Chińczycy zdołali wedrzeć się do jaskini, pomimo chroniącej ją mistycznej bariery? Otóż, jak wynika z informacji uzyskanych od lamy, siła mentalna ludzi z naszej cywilizacji, medytujących w samadhi, jest znacznie słabsza od mocy Atlantów, dlatego ochrona jest bardzo słaba lub w ogóle nie działa. Wyjaśnił, że wszystko zależy od rozwoju „trzeciego oka”, które u mieszkańców Atlantydy było w pełni ukształtowane, natomiast u ludzi istnieje tylko w szczątkowej formie. Mimo to, jak donosi lama, w pewnej jaskini na południu Tybetu widziano ciała o niezwykłej wielkości, powieszone przez Chińczyków u wejścia do groty. Być może ochronna tarcza okazał się zbyt słaba, by powstrzymać tak dużą liczbę napastników?

Z drugiej strony wiadomo również, że wielu Chińczyków zginęło podczas prób wtargnięcia do jaskiń samadhi. Podobno z tego względu zrezygnowali z podziemnych obław. Lama opowiadał o historii, jaka wydarzył się w okolicach innej jaskini w południowym Tybecie. Przy wylocie znaleziono wielu martwych chińskich żołnierzy, leżących z wykrzywionymi grymasem bólu twarzami, ale bez jakichkolwiek fizycznych obrażeń. Najwyraźniej zabiła ich siła mentalnej bariery. W innym miejscu z kolei mieszkańcy okolicznych wiosek na własne oczy widzieli, jak kilkudziesięciu żołnierzy wybiegło z jaskini, wrzeszcząc jak opętani trzymali się za brzuchy i głowy. Biegali bez celu dookoła, a potem jeden po drugim padali na ziemię bez życia.

Doktor Muldaszew zebrał podczas swoich podróży sporo informacji na temat poprzednich cywilizacji (podobno były aż 22). Cywilizacje te osiągnęły bardzo wysoki poziom techniczny, zostały jednak zniszczone albo przez kosmiczne katastrofy, albo wskutek autodestrukcji. Te same katastrofy (uderzenie meteorytu, zlodowacenie itp.) zmieniły również klimat na naszej planecie, zatem wygląd kolejnych generacji humanoidów zmieniał się, gdyż musieli dopasować się do zmodyfikowanych warunków.

Niewiele wiadomo na temat cywilizacji przedatlantydzkich. Nieco danych zawierają publikacje Rudolfa Steinera i Heleny Blavatzky. Istniał podobno ląd zwany Hyperborea, położony w miejscu dzisiejszego bieguna południowego. W zamierzchłych czasach gęsto zaludniona była Grenlandia. Tam, gdzie dziś rozciągają się wyspy Japonii, znajdowało się tzw. Imperium MU, natomiast Lemuria leżała gdzieś na Oceanie Spokojnym. Przyjmując, że Ziemia poruszała się wówczas po innej orbicie, czego rezultatem była również odmienna od obecnej siła grawitacji, można wysunąć przypuszczenie, że istoty zamieszkujące naszą planetę wyglądały inaczej od dzisiejszych ludzi-były większe i miały być może nie taką fizyczno-psychiczną postać jak my. Żyły w tym samym czasie, co dinozaury, na co wskazują różne znaleziska archeologiczne.

Zdaniem Muldaszewa pierwsi Lemurianie byli ogromnego wzrostu (do 20 metrów), mieli cztery ręce i dwie twarze, przy czym tylna posiadała w pełni rozwinięte trzecie oko. Późniejsze generacje upodobniły się już bardziej do Atlantów-dwie ręce, jedno oblicze, trzecie oko ukryte we wnętrzu czaszki. Potomkowie Lemurian, nazwani przez Muldaszewa Lemuro-Atlantami, osiągnęli bardzo wysoko poziom rozwoju technicznego, podejmowali loty kosmiczne i żyli w zgodnym sąsiedztwie z Lemurianami.

Jeśli chodzi o opis wyglądu Lemurian, podchodzę do niego sceptycznie, zwłaszcza w kwestii ich rzekomych czterech ramion i dwóch twarzy. Dr Muldaszew, podając te informacje, powołuje się na doniesienia Heleny Blavatzky.

Konkretniejsze dane posiadamy na temat Atlantydy. Ten wielki kontynent-wyspa stopniowo pogrążał się w oceanie. Ze względu na położenie tego lądu i panujący tam klimat-bardzo ciepły i wilgotny-tamtejsza flora wyraźnie różniła się od znanej nam. Wiele gatunków rosło pod wodą, a sami Atlanci wykształcili cechy pozwalające na egzystencję zarówno na lądzie, jak i pod wodą (błony pomiędzy palcami i wspomniane już wcześniej szczegóły budowy oczu i nosa). Niebo miało wówczas czerwonawe zabarwienie, zaś Atlanci skonstruowali niezwykłe maszyny latające, które dziś nazwalibyśmy latającymi talerzami-pojazdy poruszane pewnego rodzaju napędem antygrawitacyjnym.

Mieszkańcy tego kontynentu dysponowali „ukierunkowaną energią mentalną” (zdolność telekinezy), która umożliwiała im manipulowanie przedmiotami za pomocą siły myśli, podobnie jak Uri Geller i dzieci-media, które spotkałem na Hawajach, potrafią zdeformować przedmioty na odległość lub unieść je w powietrze. Atlanci używali tej mocy do wznoszenia budowli. Piramidy w Gizie to prawdopodobnie ostatnie wielkie pomniki Atlantydy.

Niezwykła potęga Atlantów i znajomość praw natury bywała jednak wykorzystywana również w destrukcyjny sposób. Poprzez krzyżówki genetyczne wyhodowano zmutowane istoty, część ludności cierpiała pod uciskiem. Wreszcie doszło do katastrofy-olbrzymi potop dotknął większą część kuli ziemskiej. Fala zmiotła z powierzchni ziemi miasta Atlantów, a główna część kontynentu pogrążyła się w odmętach.

W literaturze przedmiotu znaleźć można najróżniejsze próby wytłumaczenia przyczyn katastrofy: uderzenie ciała niebieskiego, eksperymenty z bronią jądrową, ingerencja istot pozaziemskich albo powtarzające się co 13 tysięcy lat przesunięcie biegunów ziemskich. Spekulacjom nie ma końca. W każdym razie niektórzy mieszkańcy Atlantydy przeżyli i osiedlili się na innych lądach, gdzie przez tysiąclecia dostosowywali się do nowych warunków, m.in. zmieniał się ich wygląd. Inni z kolei weszli w stan samadhi i do dziś przebywają we własnym ciele. Wielu Atlantów schroniło się w najwyższych górach naszej planety, gdzie nie dotarła fala powodziowa. Rozmówcy profesora wyjaśniali mu, że część z nich ukryła się w jaskiniach Himalajów, inni zaś pod piramidami w egipskiej Gizie.

Ja sam słyszałem o podobnych historiach w Karpatach, jednak najbardziej znane pochodzą z Andów. W Andach znajduje się system tuneli; podczas moich podróży na Jukatan, do Meksyku i Belize spotkałem osoby, które potwierdzały, że niektóre z tych podziemnych miast wciąż są zamieszkane. W 1999 roku pojechałem do Peru i Boliwii, w 2001 roku razem ze Stefanem Erdmannem do Brazylii, a w 2002 roku do Chile, przy czym wszystkie te podróże służyły poszukiwaniom informacji o systemach podziemnych tuneli. Zarówno w Peru, jak i w Brazylii uzyskaliśmy całkowite potwierdzenie naszych teorii. Więcej na ten temat znajdzie się być może kiedyś w odrębnej publikacji-tutaj za bardzo odeszlibyśmy od zasadniczego wątku.

Inni Atlanci żyją obecnie w głębinach oceanu i doskonale przystosowali się do wodnego środowiska. O teorii przedstawiającej kulę ziemską jako pustą w środku skorupę już mówiliśmy, tak samo jak o zdumiewających relacjach badaczy polarnych na temat otworów w powierzchni Ziemi na biegunach, przez które to otwory rzekomo dostać się można do wnętrza Ziemi. Czyżby tam również osiedliły się niedobitki atlantydzkiej cywilizacji?

Ernest Muldaszew usłyszał też od tybetańskich mędrców o tak zwanych prorokach świata, czyli ludziach żyjących od tysięcy lat, którzy co parę stuleci „budzą się” ze stanu samadhi, aby przekazać światu swą wiedzę, a następnie na powrót „zasypiają”.

Mamy więc do czynienia z istotami, które co kilka wieków wychodzą z samadhi i pojawiają się wśród nas. Podobnie uczy historia na temat kolejnych wcieleń Buddy. Pierwszy Budda nazywał się Tonpa Shenrab, objawił się przed 18013 laty w Tybecie, w kraju zwanym Shambhala i przekazywał ludziom duchowe przykazania. Jego śladami podążały kolejne wcielenia Buddy. Z głoszonych przez niego nauk dowiadujemy się, że na Ziemi pojawi się 1002 proroków. Ilu z nich już nawiedziło naszą planetę, nie wiadomo, natomiast Buddę po raz ostatni widziano przed 2044 laty. W relacjach z tamtych czasów zwraca uwagę opis jego niezwykłego wyglądu, 32 cechy, które odróżniały go od „normalnych” ludzi. Najważniejsze z nich to:

błony między palcami dłoni i stóp (prawdopodobnie służyły
do pływania),
brak podbicia na stopach,
ramiona sięgały aż do kolan,
męski organ płciowy ukryty w fałdach skóry, niewidoczny
na zewnątrz,
złote zabarwienie skóry,
białe loki ze srebrnym połyskiem,
na głowie okrągła wypukłość,
długi język, którym dosięgał uszu i nasady włosów,
40 zębów bez przestrzeni międzyzębowych.
Taki opis, o ile odpowiada prawdzie, wskazuje, że Budda albo należał do jednej z prehistorycznych cywilizacji (Aliantów lub Lemurian), albo też był przybyszem z innej planety.

Postawmy jednak kilka zasadniczych pytań. Do czego mógłby służyć genetyczny rezerwuar? Do zachowania cielesnych powłok istot, które kiedyś, dawno temu, zamieszkiwały naszą planetę? Ale jaki miałoby to sens, skoro przecież duch panuje nad materią? Odpowiedź na te pytania jest dla prof. Muldaszewa jasna: cielesna forma kształtowała się długo w procesie ewolucji, dostosowując się do zewnętrznych warunków, panujących w otoczeniu. Dusza potrzebuje przecież ciała, by uczestniczyć w „grze życia” w materialnym świecie. Dlatego sensowniejsze wydaje się przechowanie ciała niż stworzenie go od nowa. A poza tym każda komórka zawiera przecież w sobie wspomnienia przeszłości.

Tak więc samadhi jest swego rodzaju szalupą ratunkową dla ludzkości, bowiem w tym stanie przez stulecia można przechowywać powłoki cielesne i w razie potrzeby odtworzyć cywilizację. Wiele cywilizacji uległo już zagładzie i za każdym razem ludzie budzący się ze stanu samadhi tworzyli zalążek „nowej ludzkości”. Również nasza obecna kultura znajduje się tuż przed szczytowym momentem swojego rozwoju, który zbiegnie się w czasie z „oczyszczeniem”, jak zgodnie twierdzą proroctwa z różnych okresów dziejów i wszelkich części świata. Wszystkie te przepowiednie podają też, że dzieje Ziemi rozpoczną się od nowa, donosząc także-co ciekawe – o technologiach przyszłości, lotach kosmicznych i kontakcie z istotami zamieszkującymi wnętrze globu (patrz także Buch 3-Der Dritte Weitkrieg-Księga trzecia-trzecia wojna światowa – mojego autorstwa).

Oto, co opowiada nam na ten temat Charles Berlitz:

W sercu Azji, wśród pustyń Mongolii i gór Tybetu ludzie od wielu wieków przekazują sobie z ojca na syna pełną tajemnic i mistyki legendę o Agarthi i jego władcy, Królu Świata. Owo Agarthi jest królestwem położonym we wnętrzu Ziemi, składającym się z olbrzymich jaskiń pod płaskowyżem środkowoazjatyckim. Dawne plemiona dotarły do tych grot przez tajemne wejścia i zaludniają je do dziś dnia. To podziemne Shangri-La wciąż podobno istnieje pod rządzoną przez komunistów powierzchnią. Ilekroć jego władca. Król Świata, dokonuje przepowiedni, milkną ptaki i inne zwierzęta. Przed setkami lat ów władca wypowiedział proroctwo, które-licząc od momentu jego rzekomego dokonania-ziścić się winno w drugiej połowie XX wieku. Ludzie zaniedbają coraz bardziej swe dusze najgorsze zepsucie zapanuje na świecie. Ludzie staną się żądnymi krwi zwierzętami i pragnąc będą krwi swoich braci. Półksiężyc okryje się ciemnością, a jego wyznawcy pogrążą się w kłamstwach i wojnach nie mających końca Korony spadną z głów królów Wybuchnie straszliwa wojna pomiędzy wszystkimi narodami świata. Zagłada dotknie całe nacje Głód przestępstwa nieznane prawu, nie do pomyślenia niegdyś prześladowani ściągną na siebie uwagę całego świata Dawne trakty zapełnią się masami ludu, ciągnącego z jednego miejsca w drugie Największe i najpiękniejsze miasta staną w płomieniach Rodziny będą rozdzielane, wiara i miłość znikną Świat opustoszeje Po pięćdziesięciu latach pozostaną tylko trzy wielkie narody A pięćdziesiąt lat później rozpocznie się wojna, trwająca 18 lat, a także nastąpią rozmaite katastrofy, po czym ludy Agarthi opuszczą swoje podziemne groty i wyjdą na powierzchnie

Zgodnie z badaniami prof. Muldaszewa jaskinie samadhi podzielić można na trzy kategorie:

groty z ludźmi naszej cywilizacji (Saint Germain?),
pieczary z Atlantami albo istotami z jeszcze starszych kultur
(Lemuria, Hyperborea),
jaskinie zamieszkane zarówno przez ludzi, jak i istoty dawnych cywilizacji.
Doktor Muldaszew zdołał osobiście dotrzeć do dwóch „opiekunów” jaskini kryjącej co najmniej jednego Antlanta i zaprzyjaźnić się z nimi. Starszy z dwóch mężczyzn nie odwiedza już jaskini (ma 95 lat), młodszy zaś chodzi tam zawsze raz w miesiącu-przy pełni Księżyca albo 11 lub 12 dnia po pełni. Młodszy „opiekun” opowiedział, że już na tydzień wcześniej rozpoczyna medytację, a gdy wejdzie do pierwszej komnaty w grocie, modli się ze wzmożoną siłą i medytuje coraz głębiej.

Ernest Muldaszew i towarzyszący mu Walerij Łobankow nie dowiedzieli się zbyt wiele od tego mężczyzny. Więcej wyjawił im 95-latek, nazwany przez Muldaszewa „starszym, niezwykłym człowiekiem”.

Profesor nagrał na taśmę tę niezwykle interesującą rozmowę i opublikował w swojej książce. Tutaj zacytuję najważniejsze fragmenty.

Gdy dr Muldaszew, Walerij Łobankow i tłumacz Kiram usiedli, okulista pokazał starszemu opiekunowi wizerunek Atlanta. Ich rozmówca początkowo powtarzał uparcie, że temat jaskiń samadhi to tajemnica i nie wolno mu o tym mówić. Padło wiele pytań, zanim powoli zaczął się otwierać.

Muldaszew opowiada:

Pomimo wszystko byłem przekonany, ze w jaskiniach przebywają ludzie w stanie samadhi, nie dałem wiec za wygraną i znów wróciłem do naszego rysunku.

W salach, do których mam dostęp, nie ma ludzi, którzy tak wyglądają. Są podobni – odburknął staruszek.

Walerij i ja spojrzeliśmy na siebie. Walerij wyszeptał:-Jest ich tam wielu! Skoro w salach, do których ma Pan wstęp, przebywają ludzie w samadhi, podobnie wyglądający – tu umyślnie zrobiłem przerwę.

Nie wszyscy wyglądają podobnie-odrzekł starszy, niezwykły człowiek z poirytowaniem.

_Ale w innych komnatach jaskini-ciągnąłem dalej-znajdują się zapewne istoty w samadhi, takie same jak ta na obrazku.

Nie są dokładnie takie same. Ale to tajemnica.

Powiedziawszy to, wziął do ręki rysunek i rzucił nagle:-Ten wizerunek niezwykle mnie poruszył. Skąd go macie?

Muldaszew nie odpowiedział na to i zaczął mówić o trzecim oku. Starzec zaprzeczył, jakoby widział trzecie oko, natomiast o normalnych oczach, nosie i uszach istot w grocie powiedział rzeczy następujące:

Niektórzy mają oczy większe od normalnych, inni zaś nie.

Czy widział Pan w swojej jaskini istoty ze spiralnym nosem-wentylem?

Nie, nosy mają inne. Jedni małe, drudzy duże, jak to ludzie.

A w innych salach jaskini, do których nie wolno Panu wchodzić, czy tam mogą być istoty ze spiralnym nosem?

To tajemnica.

Łobankow nachylił się do mnie i szepnął:-To brzmi jak potwierdzenie. Proszę powiedzieć, czy ludzie w grocie mają duże uszy, czy raczej małe, jak na rysunku – kontynuowałem anatomiczny wywiad.

Mają duże uszy, niektórzy nawet bardzo duże. Tak małych uszu jak na obrazku nie widziałem

A czy mają takie usta jak na naszym rysunku?

Starszy, niezwykły mężczyzna, dokładnie przypatrzył się rycinie. Nie, takich ust nie mają. Ich usta są takie, jak zwykłych ludzi. Ale czasami również całkiem inne.

A jakie?

To tajemnica

Dr Muldaszew zapytał również o klatkę piersiową, na co starszy opiekun potwierdził, że niektórzy z lokatorów groty mają klatkę piersiową większą od normalnej. Dodał, że w jaskini przebywają istoty różnego wzrostu.

Mnie osobiście zaciekawiło bardzo kolejne pytanie profesora:

Czy ludzie w pieczarze mają nadzwyczaj dużą czaszkę?

Bardzo różnie. Jedni mają bardzo dużą głowę, inni dość dużą, wydłużoną do tyłu, a jeszcze inni całkiem zwyczajną. Ale wszyscy mają długie włosy.

Znów spojrzeliśmy na siebie z Łobankowem. Myśleliśmy o tym samym: w jaskini znalazły schronienie istoty z różnych cywilizacji.

Nagle starszy, niezwykły mężczyzna, wziął do ręki naszą ilustracje i nie czekając na następne, pytanie powiedział:-Mieszkańcy jaskini z twarzą taką jak na rysunku mają duże i silne ciało. Ciało innych, o normalnym obliczu, jest mniejsze i szczuplejsze.

Starszy opiekun jaskini samadhi wyjawił, że znajdują się tam istoty z wydłużoną ku tyłowi czaszką. Takie fenomeny odnotowywano nie tylko w Tybecie. Głowa na zdjęciu po lewej-to egipska królowa Nefretete, czaszkę po prawej stronie znaleziono w Boliwii, a więc w Ameryce Południowej. Czy to przypadek ?

Łobankow i ja zaniemówiliśmy. Starzec pośrednio przyznał, że w grocie znajdują się istoty o wyglądzie odpowiadającym naszemu hipotetycznemu Aliantowi (oczywiście z pewnymi odchyleniami). A czy widział Pan może u ludzi w jaskini błony pomiędzy palcami rąk i nóg?

Nie, nigdy czegoś takiego nie widziałem. Ich palce są całkiem zwyczajne, tyle że z bardzo długimi paznokciami.

Czy rozpostarli kiedy/palce?

Nie, nie zauważyłem

Muldaszew wypytywał go dalej o oczy-czy ich górna powieka jest powiększona. Opiekun nie mógł na to odpowiedzieć, bowiem istoty te mają prawie całkiem zamknięte oczy.

Wziął ponownie do ręki rekonstrukcję wyglądu Atlanta, która najwyraźniej wywarła na nim duże wrażenie. Kolejne pytania dotyczyły celu istnienia jaskiń, o czym rozmówca uczonych nie chciał jednak rozmawiać. Wyjaśnił, że wtargnięciu intruzów zapobiega ochronna tarcza. Tylko ten, kto przejdzie pomyślnie próbę medytacji, może wejść do środka. Nikomu się to jednak dotąd nie udało.

Kto nie wpuszcza obcych do jaskini?

On!
Kim jest On?
To tajemnica

Rezerwuar genetyczny ludzkości-w jaskiniach samadhi znaleźli schronienie przedstawiciele różnych cywilizacji

Staruszek opowiedział jeszcze, że istoty trwają w zupełnym bezruchu, zastygłe w pozycji lotosu. Na pytanie, czy rozmawiał z nimi kiedykolwiek, odrzekł znów, że to tajemnica. Prześledźmy kolejny fragment rozmowy, która staje się teraz nieco ciekawsza:

Jak Pan uważa, czy te istoty o niezwykłym wyglądzie, po tym jak obudzą się z samadhi, mogą żyć jak zwyczajni ludzie?

Mogłyby, ale inaczej niż my.

Inaczej niż my, to znaczy jak?

O to musielibyście zapytać lamów.

Wiadomo, że Budda także wyglądał niezwykle. Czy możliwe byłoby, że nagle, powróciwszy z samadhi, wyjdzie z jaskini i objawi się na Ziemi?

Tego nie wiem.

Czy niezwykłe istoty w jaskiniach przypominają wyglądem Buddę?

Jedne tak, inne nie.

_Ta informacja szczególnie ucieszyła Walerija i mnie, ponieważ potwierdzała nasze śmiałe przypuszczenie na temat istnienia jaskiń zaludnionych w sposób „mieszany”, a wiec pełnym spektrum przedstawicieli różnych cywilizacji. Jak Pan myśli, kto przenosi ludzi w stan samadhi? – zapytałem.”

To będą wiedzieli lamowie-powtórzył mężczyzna.

Może opowiedzieć tylko o tym, co sam wie, skomentował cicho Łobankow. W jakim celu ludzie zapadają w samadhi na tysiące, nawet na miliony lat?

Sadze, że większość z nich chce zachować się dla przyszłości

Na pytanie, dlaczego w pieczarach przebywają nie tylko zwyczajni ludzie, lecz również inni, niepodobni do nas, padła taka odpowiedź:

Ci o niezwykłym wyglądzie to starożytni ludzie, którzy już długo trwają w samadhi.

Kto chroni jaskinie?

Duch.

Czyj duch?

Jego.

Kim jest On?

To wielka tajemnica

Starszy opiekun wyjaśnił jeszcze, że-gdy był młodszy-sprawdzał, czy w grocie wszystko jest w porządku. Opisał ponownie przebywające tam istoty: siedzą one na tygrysich skórach w pozycji lotosu, z rękami na kolanach. Oczy, do połowy przymknięte, skierowane są ku górze, tak że nie widać białek. Dotykał ich ciał – były twarde i zimne.

Na koniec rozmowy Muldaszew zapytał, czy byłoby mu wolno wejść do
jaskini. Następnego dnia rzeczywiście się tam udał, jednak nie zaszedł daleko. Tuż za pierwszą komnatą rozpoczęły się zjawiska opisane przez Tybetańczyka-złe samopoczucie i ból głowy, wzmagający się coraz bardziej. Chociaż profesor z całych sił bronił się przed ogarniającą go słabością, musiał w końcu zawrócić, gdy ból stał się nie do wytrzymania. Gdy wyszedł, objawy ustąpiły. Spróbował jeszcze dwukrotnie, lecz historia powtórzyła się, więc dał wreszcie za wygraną.

Podsumowanie

Czego dowiedzieliśmy się dzięki badaniom i osobistym obserwacjom Ernesta Muldaszewa? Jasne staje się, że człowiek nie pochodzi od małpy, lecz jest końcowym produktem (końcowym na tę chwilę) nieskończenie długiej ewolucji na naszej planecie, trwającej miliony lat. Istniały przed nami wysoko rozwinięte kultury o stopniu zaawansowania technicznego znacznie większym niż ten, z którym mamy do czynienia obecnie. Mimo to, a może właśnie dlatego, wszystkie ulegały zagładzie.

Nieliczni przedstawiciele każdej z minionych cywilizacji schronili się w tajemnych miejscach (jaskiniach, otchłaniach oceanu, podziemnych miastach) i trwają tam w stanie głębokiej medytacji, zwanym przez Azjatów samadhi. Pozwala im to świadomie kontrolować procesy przemiany materii do tego stopnia, że ciało ich ulega zakonserwowaniu i staje się nieśmiertelne-może przetrwać dowolnie długo (oczywiście, o ile pieczara nie zawali się i nie pogrzebie swoich lokatorów). Jaskinie te-i inne kryjówki-stanowią, zdaniem prof. Muldaszewa, swego rodzaju rezerwę genetyczną, rezerwuar wszelkich istot humanoidalnych, jakie kiedykolwiek zamieszkiwały Ziemię. W razie globalnej katastrofy istoty te mogą być przywrócone do życia, by na nowo zaludnić planetę.

Nie można jednak wykluczyć innej jeszcze możliwości, która według mnie jest równie wiarygodna i pokrywa się z wynikami moich innych badań. Otóż być może nie chodzi tu wcale o dala, lecz o dusze przynależne do ciał. Te dusze, dysponujące pradawnym i niezwykle potężnym potencjałem duchowym, są niewyczerpanym nośnikiem energii, utrzymującym przez samą swoją obecność wyższą częstotliwość drgań Ziemi i wyższy poziom energii. Wpływa to na losy całych narodów. Gdyby ciała obumarły, a dusze przeszły do wymiaru niematerialnego, częstotliwość drgań prawdopodobnie znacznie by spadła, co ułatwiłoby zadanie „siłom ciemności”. Wyobraźmy to sobie plastycznie: znajdujemy się w nocy w pomieszczeniu oświetlonym nie żarówką, lecz setkami płonących świec. W większości są to małe, ledwie tlące się światełka, ale wśród nich stoi także kilka dużych gromnic, które palą się już od dawna i długo jeszcze rozświetlać będą mrok, podczas gdy normalne świeczki dawno zgasną. W podobny sposób możemy spojrzeć na dusze istot w samadhi, prastare i potężne dusze, utrzymujące pewien niezbędny poziom drgań materii ziemskiej.

Niejeden z Was może w tym momencie zaprotestować: nigdy nie słyszał o Atlantach, olbrzymach i tym podobnych dziwach, pewnie nic takiego nigdy nie istniało. Atlanci-olbrzymy? Przecież archeolodzy dawno odkryliby jakieś szczątki.

Oczywiście-dawno je odkryli. W roku 1833 żołnierze budujący skład prochu znaleźli w Lampock Rancho, w stanie Kalifornia, prawie czterometrowy szkielet otoczony muszlami pokrytymi nieznanymi symbolami. Obok szczątków olbrzyma leżał gigantyczny topór bojowy, nasuwający skojarzenia ze skandynawskimi bóstwami. Na pozaziemskie pochodzenie tej istoty wskazują podwójne rzędy zębów zarówno w górnej, jak i w dolnej szczęce. To jeszcze nie wszystko: w 1891 roku w pobliżu Crittenden (stan Arizona) robotnicy budowlani natrafili prawie 3 metry pod powierzchnią gruntu na olbrzymi kamienny sarkofag. Przy jego wydobyciu obecni byli eksperci i przedstawiciele władz. W sarkofagu zamknięta była trumna ze zmumifikowanymi zwłokami człowieka-lub istoty do człowieka podobnej-również niemal czterometrowego wzrostu i z dodatkową szczególną cechą: sześcioma palcami u stóp.

Chciałbym przytoczyć jeszcze pewien fakt z moich własnych poszukiwań. Otóż we wrześniu 1989 roku spotkałem się w Phoenix, w Arizonie, z młodym Amerykaninem o imieniu Sean. Przebywał on przez półtora roku u Dalajlamy w Dharamsala, w indyjskiej części Himalajów. Sean, który ma zdolności medium, ćwiczył tam pod okiem mnichów medytację oraz uczył się korzystać z posiadanej umiejętności jasnowidzenia. Młodzieniec opowiedział mi, jak pewnego razu mnisi zalecili mu post, jako że czekała go inicjacja, co wymaga wewnętrznej czystości. Pościł więc przez kilka dni, aż któregoś ranka razem z mnichami wyruszył w góry. Wspięli się na niebotyczną wysokość i stanęli nagle przed wejściem do jaskini, której chłopak wcześniej wcale nie zauważył. Weszli do wnętrza i podążali przez wiele godzin korytarzami. Sean jeszcze teraz z trudem odważył się mówić o tym, co działo się po drodze. Widział jakieś straszliwe bestie (użył słowa „wilkołaki”), stworzenia z żarzącymi się na czerwono ślepiami, które tylko czekały, by ktoś odłączył od grupy. Siły mentalne dwóch najpotężniejszych mnichów, otwierających i zamykających pochód, powstrzymywały potwory przed atakiem. Gdyby tylko Sean został nieco w tyle, wybiłaby jego ostatnia godzina. Bestie te pilnują, by nikt niepowołany nie wtargnął do pieczary i nie dotarł tam, dokąd podążali właśnie mnisi.

Po wielu godzinach marszu dotarli pod ogromną, wielometrowej wysokości złotą bramę i usiedli przed nią w pozycji Buddy. Rozpoczęli wspólną medytację i po chwili brama stała się przezroczysta. Sean nie wierzył własnym oczom, za bramą dostrzegł bowiem wyraźnie większą liczbę wielkich postaci ludzkich, również siedzących w pozycji lotosu. Istoty te miały złote włosy i złotawą skórę. Nawiązały telepatyczny kontakt z nim i z innymi członkami grupy. Mój rozmówca opisywał, co przy tym odczuwał: jak gdyby jego mózg i całe wnętrze było prześwietlane, skanowane przez te istoty. Nie potrafił bronić się przed tym, ale nie czuł zagrożenia ani lęku, jedynie władzę, jaką miały nad nim i nad jego myślami. Najwyraźniej sprawdzały go, gdyż potem objawiły mu jakąś tajemnicę, którą nie chciał się ze mną podzielić. Po kilku godzinach obcowania z dziwnymi postaciami grupa ruszyła w drogę powrotną do klasztoru, ponownie mijając straszliwe bestie. Sean twierdził, że jeszcze kilka razy spoglądał w górę, w kierunku wylotu jaskini, ale ten jakby zniknął.

W 2000 roku spotkałem młodego człowieka ponownie, tym razem w Monachium. Potwierdził w całości swoją opowieść. I co na to powiecie?

Ale to jeszcze nie wszystko-oto kolejna historia, którą chciałbym się z Wami podzielić. Przed kilku laty poznałem uroczą szwajcarską damę o imieniu Verena. Była ona gotowa sponsorować pewnego wynalazcę, który twierdził, że jest w stanie skonstruować maszynę działającą na bazie wolnej energii. Niestety, nic z tego nie wyszło, osobnik ów okazał się bowiem oszustem i zniknął wraz ze sporą kwotą pieniędzy. Dobra kobieta bywała już nie raz w Dharamsala i miała nawet okazję rozmawiać z samym Dalajlamą, co było wyrazem uznania za wspieranie klasztoru sporymi sumami. Poprosiłem ją, by przy najbliższej okazji zapytała duchowego przywódcę Tybetu o „podziemny świat” i królestwa rozciągające się rzekomo pod Himalajami (Shambhala i Agarthi). Spełniła moją prośbę i na pytanie o istnienie tych światów otrzymała odpowiedź: Słyszałem o nich. Wyciągnięcie wniosków z tego zdarzenia pozostawiam Czytelnikom.

Rozmowy ze mną wzbudziły w Verenie ciekawość, wypytywała więc mnichów na ten temat. Jeden z nich twierdził, że był już kiedyś w takim podziemnym królestwie. Gdy jednak wrócił do klasztoru i chciał zaprowadzić współwyznawców do wylotu jaskini, by udowodnić swoje przeżycia-nie znalazł ponownie wejścia. Wszystkie te opowieści potwierdzają teorie sformułowane przez Muldaszewa i wskazują ten sam kierunek dalszych poszukiwań.

Może zastanawiacie się teraz, dlaczego o wszystkich tych faktach i zdarzeniach milczą nasi naukowcy, dlaczego nie donosi o nich telewizja? Pewnie z tego samego powodu, z jakiego ukrywana jest informacja o szczątkach autentycznej syreny, przechowywanych w pewnym japońskim klasztorze.

W japońskiej świątyni Karukayado w Hashimoto przechowywane są zmumifikowane zwłoki syreny, liczące sobie 1400 lat i 65cm długości. Badania medyczne wykazały, że nie jest to fałszerstwo, sztuczna „składanka”, jak uważają sceptycy. Górna część ciała jest rzeczywiście ludzka, dolna zaś wykazuje genetyczne cechy ryby. Czy takie istoty to rezultat „pomyłki natury”-podobnie jak rodzące sięniekiedy dzieci z wadami genetycznymi (na przykład z dwiema głowami), czy też stanowią może dowód na to, że nasi praprzodkowie prowadzili eksperymenty genetyczne ?

Ponieważ z punktu widzenia możnych tego świata-nic Wam do tego, wręcz nie powinniście o tym wiedzieć, gdyż mogłoby to wywrócić do góry nogami Wasz światopogląd. Zgodzicie się chyba ze mną, że Atlanci, ludzie w jaskiniach samadhi i tym podobne rewelacje to coś trochę ciekawszego od naszych polityków, wiadomości sportowych albo wieczoru w dyskotece

Fragment książki „Ręce precz od tej książki” Jana van Helsinga

źródło

POPRZEDNIA   GŁÓWNA   NASTĘPNA

Comments Off on Ernest Muldaszew i Tajemnice Himalajów 2
%d bloggers like this: