Charles Fort 2

Z otchłani Międzybytu

Charles Fort

Charles Fort o sobie samym
Tekst ten został napisany na życzenie redakcji „Daily News” w związku z zainteresowaniem czytelników osobą autora Księgi rzeczy wyklętych.

Księgę rzeczy wyklętych zacząłem pisać, kiedy właściwie byłem jeszcze chłopcem. Zdecydowałem wówczas, że zostanę naturalistą, badaczem różnych przyrodniczych zjawisk. Czytałem więc żarłocznie, wypychałem ptaki, zbierałem i opisywałem minerały, kolekcjonowałem owady, nabijając je na szpilki i zaopatrując w etykietki, tak jak to widywałem w muzeach. Później zostałem reporterem, lecz zamiast fotografować ciała w kostnicach, parady szkółek niedzielnych w Brooklynie, hodowców warzyw i przestępców, porządkowałem swoje doświadczenia, krzątając się nad nimi, tak jak niegdyś krzątałem się nad ptasimi jajami, minerałami i insektami.

Ilekroć słyszę, że ktoś nie potrafi zrozumieć snów, czy też raczej, że nie widzi w nich nic nadzwyczajnego i szczególnie mistycznego, ogarnia mnie zdziwienie. Niech no tylko każdy spojrzy wstecz na swoje życie. Nie ma takich fenomenów w snach, które nie byłyby charakterystyczne dla życia w ogóle: zanikanie, bledniecie, roztapianie się w czymś odległym i ostatecznym — a choć tak ciekawe były czasem, tak podniecające, pozostają po nich jedynie szczątki, zimne, martwe szczątki. Zbrodnie i altruizm. Tu właśnie, między życiem i snem, narodził się monizm, którym nasyciłem stronice Księgi rzeczy wyklętych: roztapianie się jednych rzeczy w innych, łączenie się wszystkiego, niemożliwość odróżnienia jednego zjawiska od drugiego w ścisłym, kategorycznym sensie, niemożność odróżnienia naszej codzienności od egzystencji we śnie.

Zdecydowałem napisać o tym książkę i zacząłem tworzyć powieść. Siedziałem nad nią przez okrągły rok, spłodziwszy prawie trzy i pół miliona słów. Wydawało mi się wówczas, że z wyjątkiem pisania powieści, która wyglądała pewnie jak dziecko kangurzycy, nie mogło być w okolicy lepszej podniety do kontynuowania egzystencji. Prawnicy, naturaliści, robotnicy portowi, senatorowie Stanów Zjednoczonych — co za posępny los! Gdy jednak, po roku pracy, nie napisałem tego, co chciałem, rzuciłem powieść i zacząłem życie od nowa, zostając ultra-naukowym realistą.

Robiłem straszliwe ilości notatek. Miałem całą ścianę w szufladkach — 25 000 fiszek. Drżałem na myśl o możliwości pożaru, rozmyślałem o robieniu notatek na jakimś materiale ogniotrwałym, a w końcu okazało się, że nie było w nich tego, o co mi chodziło — i wszystko zniszczyłem sam. Teodor Dreiser nigdy mi tego nie wybaczy.

Moje pierwsze chłopięce zainteresowania miały przyrodniczy charakter, realizm zesłał mnie znów do tej rodzinnej prowincji. Zabrałem się więc do studiów i przez osiem lat zgłębiałem wszystkie sztuki i nauki, o jakich zdarzyło mi się zasłyszeć, nie mówiąc o dziesiątkach tych, które sam wymyśliłem. Dziwiłem się ludziom zadowolonym ze statusu pisarza, właściciela hut i stalowni, krawca, gubernatora i zamiatacza ulic. Następnie nasunęła mi się myśl zebrania notatek z wszystkich dziedzin wiedzy na temat wszystkich znanych fenomenów, a potem znalezienie w tej różnorodności faktów takich zgodności, które mogłyby wskazywać na ogólny kosmiczny porządek i na jedność Wszechrzeczy.

Znowu zbierałem notatki dotyczące zasad i zjawisk astronomii, socjologii, psychologii, badań podwodnych, nawigacji, wulkanów, religii, seksu i dżdżownic — wszystko rozpatrując pod kątem podobieństw pomiędzy najodleglejszymi pozornie różnicami, takimi jak astronomiczne, chemiczne i socjologiczne wartościowości; astronomiczne, chemiczne i socjologiczne perturbacje; jak kombinacje chemiczne i muzyczne, zjawiska morfologiczne i magnetyzm, chemia i pociąg seksualny. W rezultacie wylądowałem na stosie 40 000 fiszek, ułożonych jako tako według 1300 nagłówków w rodzaju: Harmonia, Równowaga, Katalizatory, Nasycenie, Metabolizm.

Było to 1300 piekielnych poczwar szydzących na 1300 głosów z moich prób osiągnięcia ostatecznej syntezy. I znowu napisałem książkę, w której było niewiele z tego, co próbowałem wyrazić. Zredukowałem ją tedy z pięciuset czy sześciuset stron do dziewięćdziesięciu. A potem rzuciłem ją w kąt. Nie był to owoc, którego pożądałem. Jednakże siła 40 000 fiszek uległa poprzez napisanie tej książki przemianie. Jak w soczewce skupiła się w niej ich hipnotyzująca natura i ich ortodoksyjny materializm. Tynall mówi to, Darwin mówi tamto, chemicy, astronomowie i geolodzy udowodnili to, tamto i owo; autorytatywność, pozytywność, oficjalność, urzędowość — aż w końcu monizm i duch przekory skłoniły mnie do napisania, że nawet dwa plus dwa równa się cztery tylko i wyłącznie na podstawie arbitralnej decyzji i konwencji, czyli że nie ma, nie istnieje żadna niezaprzeczalna prawdziwość, że nawet najgłębiej zahipnotyzowany ma jakąś niejasną świadomość swego stanu i że — nękany wątpliwościami i niezadowoleniem — nigdy nie byłem wyznawcą naukowej ortodoksji.

Jedność Wszechrzeczy. Doszedłem też do wniosku, że w moich próbach znalezienia wspólnego podłoża wszystkich fenomenów popełniłem błąd, kończąc na sklasyfikowaniu wszystkiego w dwa wielkie porządki; porządki te bowiem reprezentują tylko idealne punkty graniczne, ale nie istnieją w ogóle w naszym stanie pozorności, zaś my wszyscy i wszystkie inne zjawy i fantasmagorie super-snu jesteśmy wyrazem kosmicznego falowania i stopniowania pomiędzy nimi. Jedną z tych ekstremalnych granic nazywamy chaosem, nierzeczywistością, nierównowagą, brzydotą, niezgodą, brakiem zwartości i logiki; drugą z nich zwiemy porządkiem, rzeczywistością, równowagą, pięknem, harmonią, sprawiedliwością i prawdą. Ta opozycja i cała pozorność bytu pomiędzy nimi są podszewką Księgi rzeczy wyklętych. Czymś, z czego wiele osób wolałoby nie zdawać sobie sprawy.

Charles Fort

żródło

POPRZEDNIA   GŁÓWNA

Comments Off on Charles Fort 2
%d bloggers like this: